Skoki: Krajobraz po Horngacherze

/ Christian Bier [CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)]

  

Po trzech latach wielkich sukcesów skoczków Polski Związek Narciarski stanął przed wyjątkowo trudnym wyzwaniem - znaleźć godnego następcę trenera Stefana Horngachera, który był ich architektem. W dodatku na nowego szkoleniowca czeka kadra już zaawansowana wiekowo.

Rok trwał serial "Czy Horngacher zostanie?". Po zakończeniu sezonu 2017/18 Austriak zdecydował się bowiem podpisać tylko roczną umową, choć PZN początkowo proponował czteroletnią, a potem połowę krótszą. Szczęśliwego zakończenia nie było. 49-latek będzie teraz prowadził Niemców.

Pod jego wodzą biało-czerwoni dwa lata temu w Lahti po raz pierwszy w historii zostali drużynowymi mistrzami świata, a Piotr Żyła wywalczył brązowy medal na dużym obiekcie. W ubiegłym roku w Pjongczangu po złoty medal igrzysk sięgnął Kamil Stoch, który jeszcze cieszył się z brązowego wywalczonego z kolegami w drużynie. Stoch zdobył także Kryształową Kulę za triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata 2017/18. Natomiast w niedawnych MŚ w Seefeld na normalnym obiekcie triumfował Dawid Kubacki, a drugi był Stoch. To tylko największe osiągnięcia, bo lista historycznych wydarzeń i trofeów zdobytych przez ostatnie trzy lata jest znacznie dłuższa.

Austriak nie jest pierwszym zagranicznym szkoleniowcem, który w Polsce odniósł sukces. Pod wodzą Holendra Leo Beenhakkera piłkarze po raz pierwszy wystąpili w 2008 roku w mistrzostwach Europy, a w 2006, po 32 latach przerwy, prowadzeni przez Argentyńczyka Raula Lozano siatkarze zagrali w finale mistrzostw świata. Osiem lat później z Francuzem Stephane'em Antigą na ławce trenerskiej byli w mundialu najlepsi.

Po żadnym z nich nad Wisłą jednak nie płakano. Beenhakker najpierw został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a rok później po przegranych eliminacjach MŚ 2010 w upokarzający sposób zwolniony przez prezesa PZPN Grzegorza Latę. Antigę też uznano winnym niepowodzenia na igrzyskach w Rio de Janeiro w 2016 roku, bo tak powszechnie oceniono odpadnięcie w ćwierćfinale.

Horngacher nie zdążył "podpaść" zwierzchnikom i kibicom, co więcej sam zdecydował, że nie przedłuży kontraktu i zmieni pracodawcę. To spowodowało, że niektórzy poczuli się urażeni jego decyzją, pojawiły się też głosy określające trwające rok zamieszanie jako "cyrk".

Skoczkowie często podkreślają, że nie koncentrują się na rzeczach, na które nie mają wpływu, jak pogoda, tylko na jak najlepszym wykonaniu swojej pracy i mają nadzieję, że przyniesie to dobry efekt. W pewnym sensie PZN działał zgodnie z tą filozofią. Prezes Apoloniusz Tajner wielokrotnie zapewniał, że spełniał wszystkie warunki stawiane przez Horngachera, co ten również potwierdzał, a nowa umowa, którą mu zaproponował, była bardzo atrakcyjna. Na to, że szkoleniowca będą też szukać Niemcy - kraj o dużo większym potencjale sportowym - wpływu już nie miał.

Odpowiedzi na pytanie, czy PZN mógł całą sprawę rozegrać lepiej, nie sposób udzielić. Można tylko gdybać, co by było, jeśli rok temu Tajner postawiłby Horngacherowi ultimatum - albo zostaje na dłużej, albo rozstajemy się od razu. Gdyby jednak Austriak się nie ugiął, to biało-czerwoni świetnego szkoleniowca straciliby już przed rokiem.

"Ze względu na wyjątkową atmosferę panującą w sztabie, prawdziwą zażyłość, nie wyobrażam sobie prowadzenia rozmów w takim tonie"

- podkreślił Tajner.

O dobrego trenera w skokach narciarskich jest bardzo trudno, dlatego taktyka uległości związku wobec Horngachera i życie nadzieją, że zostanie na kolejne lata nie była pozbawiona sensu. Tym bardziej, że Austriak nie sprawiał wrażenia wyrachowanego gracza, który tylko czeka na okazję, by przenieść się, a właściwie wrócić do Niemiec, ale bardziej kogoś wewnętrznie rozdartego.

"Stefanowi naprawdę było żal odchodzić. Nie informowaliśmy wcześniej o tym, że może do tego dojść, bo w trakcie jego negocjacji z Niemcami dochodziło do wielu tarć i gdyby się okazało, że jednak się z nimi nie dogada, to musielibyśmy wszystko odkręcać"

- przyznał prezes polskiej federacji. Tajner dodał:

"Po powrocie z Raw Air sprawa była już przesądzona, ale wówczas postanowiliśmy zaczekać do niedzieli, aby przez dni zawodów nie było zamieszania, wypytywania o to zawodników, bo potrzebowali spokoju".

Horngacher stworzył sztab, z którym doskonale się rozumiał, a z zawodnikami się zżył. Stocha i Żyłę szkolił już wcześniej, gdy ci byli jeszcze juniorami. Do samego końca swoją pracę w Polsce wykonywał z pełnym zaangażowaniem. O tym, że prawdopodobnie odejdzie poinformował podopiecznych wcześniej, ale zawodnicy mieli zakaz mówienia o tym.

Nowym trenerem głównym został Michal Dolezal. Czech jako asystent Horngachera odpowiadał przede wszystkim za kwestie sprzętowe, ale również wiele innych, codziennych spraw. W ten sposób kadrze ma towarzyszyć ta sama filozofia. PZN stoi na stanowisku, że rewolucja nie jest wskazana, bo Stoch w maju skończy 32 lata, Żyła już od stycznia ma tyle, a Kubacki w marcu skończył 29.

"Myśleliśmy też o szkoleniowcu z zewnątrz, ale zwyciężyła koncepcja z Dolezalem. On ma wszelkie kwalifikacje, a trenerem w Polsce chciał być już trzy lata temu, jednak wówczas wybraliśmy Horngachera. Sztab poparł wybór Michala, a bardzo dojrzale w całej sytuacji zachowali się skoczkowie, którzy powiedzieli, że mają do nas pełne zaufanie i zaakceptują każdy wybór"

- zdradził Tajner.

Wydaje się, że najtrudniej będzie zastąpić autorytet oraz psychologiczny i organizacyjny talent Horngachera. Zawodnicy zawsze podkreślali, że jest świetnym wychowawcą, motywatorem, który wie, kiedy "dokręcić śrubę", a kiedy nieco odpuścić. Potrafił rozmawiać z nimi na każdy temat, nie przekraczając jednak cienkiej granicy między szkoleniowcem a kolegą.

Horngacher zasłużył na uznanie za minione trzy lata, a Dolezal - na kredyt zaufania. Kiedy Austriak obejmował polską kadrę nie miał na koncie wielkich sukcesów i chyba nikt nie przypuszczał, że jego kadencja okaże się aż tak owocna.

Zadanie przed nim stojące było też znacznie prostsze niż obecne, bo przyszedł po sezonie, w którym najlepszy z Polaków - Stoch - zajął w PŚ 22. miejsce. O postęp było więc relatywnie łatwo. Minione trzy lata były natomiast tak dobre, że powtórzenie w kolejnym takim okresie tych sukcesów nawet w połowie będzie bardzo dobrym osiągnięciem.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezależna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Opowieść wielkanocna o najlepszych z nas. „Stasiu Suchowolec, Sylwek Zych... Oni się ich bali”. WIDEO

  

Ginęli jeszcze w okolicach „okrągłego stołu”. - Przyjechał po mnie biskup z kanclerzem, pokazali dekret i powiedzieli, że mam półtorej godziny na spakowanie rzeczy. I mnie wywieźli – tak usunięcie z parafii na Łazarzu wspomina ks. Leszek Marciniak. Pośpiech wynikał z obaw, że robotnicy siłą zatrzymają księdza. Być może wtedy ocalił życie, bo wkrótce zaczęli ginąć jego przyjaciele, mówiący podobne kazania. – Ks. Stefan Niedzielak zginał za swoją ideę, próbował pokazać, jak wielu ludzi zginęło na Wschodzie, nie tylko w Katyniu, ale wszyscy, którzy byli tam wywiezieni, przecież to miliony – mówi ks. Leszek Marciniak.  Obejrzyj poniżej rozmowę z legendarnym księdzem w „Wywiadzie z chuliganem”.

Stasiu Suchowolec, cudowny człowiek, wspaniały, przyjaciel księdza Jerzego, opiekun jego rodziców, był bardzo niepokorny. I bardzo niewygodny dla wielu tam, w tym Białostockiem, dlatego zginął

– mówi w rozmowie z Piotrem Lisiewiczem ks. Leszek Marciniak.Ks. Stefan Niedzielak zginął na dwa tygodnie przed „okrągłym stołem”, ks. Stanisław Suchowolec tydzień później, a ks. Sylwester Zych pięć tygodni po wyborach z 4 czerwca 1989.

Tym, co łączyło mordowanych w czasie historycznej zmiany ustrojowej księży, było to, że mówili o historii, o Katyniu, o tym, o czym nawet duża część opozycji nie chciała mówić. Zdaniem księdza Leszka Marciniaka, można było to zrozumieć jako demonstrację, że wykuwająca się „nowa” Polska ma być pokracznym tworem oderwanym od korzeni.

Jesteśmy odcinani od historii, nie przypadkiem historię wyrzucano ze szkół. Jeśli do niej nie powrócimy, będzie tragedia. Bo naród tracąc pamięć, traci życie

– mówi ks. Leszek Marciniak. Wobec tych zbrodni na najodważniejszych polski księżach w tamtych dniach panować miała obojętność.

Sylwka Zycha spotkałem jeszcze na pogrzebie księdza prałata Teofila Boguckiego, proboszcza księdza Jerzego. Wyszedł z tego więzienia, trochę opowiadał o tym. Nie wiedziałem, że za chwilę przeczytam, że nie żyje.

Ks. Leszek Marciniak podkreśla, że nie ma pretensji do śp. arcybiskupa Jerzego Stroby, że go usunął z parafii.

Też miałem pogróżki. Nie wiadomo, jakby się to skończyło. Myślę, że arcybiskup podejmując tą decyzję, wyrzucając mnie z Poznania, uratował mi życie.Ślubowałem biskupowi i posłuszeństwo i uważam, że ono jest w kościele bardzo ważne, mimo wszystko, mimo bólu

– stwierdza.

Obejrzyj rozmowę z niezwykle odważnym polskim księdzem:

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl