Serbia po polsku – jak nam daleko, jak blisko…

  

W Belgradzie od niedawna jest ulica naszego dzielnego Zawiszy Czarnego. Polski rycerz właśnie na terytorium Serbii, w miejscowości Golubac, poległ w walce z Turkami. W ostatnim czasie więcej się o nim mówi u naszych słowiańskich braci, pewnie nie bez kozery...

W serbskiej stolicy jest też ulica Tadeusza Kościuszki. To z jednej strony dobrze, że bohater dwóch narodów, polskiego i amerykańskiego, jest tak uczczony mimo bombardowań przez samoloty USA Belgradu w 1999 r. Patrząc jednak z drugiej, nazwa ulicy pojawiła się po II wojnie światowej, kiedy chciano Kościuszką zastąpić innego polskiego bohatera. Przed II wojną światową ta sama ulica nosiła bowiem imię Józefa Piłsudskiego. 

Zawisza Czarny, Kościuszko, Hirszfeld – nasi w Serbii

Poloników ciąg dalszy. Niedawno, bo przed rokiem, serbska poczta wydała znaczek z wizerunkiem Ludwika Hirszfelda, słynnego polskiego immunologa i bakteriologa. Podczas I wojny światowej uczestniczył w zwalczaniu epidemii tyfusu plamistego w Serbii oraz współorganizował tamtejszą służbę zdrowia. Jest postacią ważną dla tzw. serbskiej golgoty – exodusu Serbów na Korfu w czasie I wojny światowej. Wędrówka ta, prowadząca przez masywy górskie w Czarnogórze i Albanii, w ekstremalnych warunkach mroźnej zimy, śnieżnych zamieci oraz ataków ze strony Albańczyków, pochłonęła tysiące ofiar: serbskich żołnierzy i cywili. Wielu, uciekając przed wielowiekowym wrogiem, zginęło nie tyle od kuli, ile z zimna, głodu, wyczerpania i chorób. Serbska golgota oznaczała śmierć od 70 do nawet 150 tys. ludzi. Polski lekarz pochodzący z żydowskiej, zasymilowanej rodziny, katolik z wyznania, dobrowolnie dołączył się do tego serbskiego exodusu (uczyniła to również jego żona), ratując od tyfusu tysiące Serbów. Nic dziwnego, że w Belgradzie ma swoją ulicę i swój pomnik – a ściśle mówiąc popiersie. 

Serbska diaspora – karta w rękach Belgradu

Dziś Serbia okrojona o znaczącą część terytorium uważanego przez Serbów za ich, bez dostępu do morza, jest trochę jak Węgry po I wojnie światowej i traktacie z Trianon. Ale także podczas I wojny światowej Serbia przeżyła tragedię – stracić miała aż 60 proc. populacji męskiej. Jej ważna część stanowiła właśnie owa serbska golgota.

W Unii Europejskiej, do której aspiruje Serbia i pewnie wejdzie do niej za dekadę czy trochę więcej, mamy gorączkę przedwyborczą w związku z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Cóż, skoro o wyborach mowa, w Serbii jakoś bardzo wzrasta liczba mieszkańców przy wyborach samorządowych i innych, aby zaraz po nich się zmaleć… Jak mówi zachodni dyplomata: „Tutaj rządzący nie lubią niespodzianek”.

Sporo Serbów mieszka poza granicami kraju. Belgrad wykorzystuje w swojej grze politycznej tylko tych, którzy żyją na terenie dawnej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Jugosławii. Kiedy trzeba, są mocno eksponowani, aby potem stracić na znaczeniu. Ale Serbów bardzo dużo mieszka tez w Austrii: szacuje się, że jest ich nawet do 300 tys., a w samym Wiedniu ma ich być 80 tys. Silna serbska wspólnota jest też w Niemczech, a poza Europą również w USA.

W Serbii polityka jest kobietą

O tę właśnie serbską wspólnotę na obczyźnie pytam przewodniczącą parlamentu Serbii Maję Gojković. Miła pani, mówiąca jak wielu szefów władzy ustawodawczej niezależnie od szerokości geograficznej „na okrągło”, jest chyba mocno zaskoczona tym pytaniem. Tłumaczy mi, że Serbami poza krajem zajmuje się i parlament, i MSZ. Nie drążę, żeby nie sprawiać przykrości gospodyni.

To ciekawe, jak wiele kobiet zajmuje wysokie stanowiska w serbskiej polityce. Poza wspomnianą przewodniczącą jednoizbowego parlamentu, kobieta jest też premierem – o czym za chwilę. Kobiety zajmują również ważne stanowiska z punktu widzenia negocjacji z Unią Europejską o przyszłe członkostwo w Serbii – ministra sprawiedliwości Nela Kuburović i ministra do spraw europejskich Jadranka Joksimović. Z obydwiema paniami mam okazję się spotkać i rozmawiać. Szefowa resortu sprawiedliwości mówi dużo, w przeciwieństwie do milczącego wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Nebojšy Stefanovicia. To ciekawe, że w wielu krajach szefowie MSW to milczkowie. Czyż nie? No, Polska akurat teraz jest wyjątkiem. Minister sprawiedliwości dobrze włada także angielskim. Podobnie pani minister „od Europy” („Mrs Europe”), w przeciwieństwie do ministra spraw zagranicznych Ivicy Dačicia. No, akurat to trochę dziwi, bo szefowie dyplomacji nieznający angielskiego to jednak rzadkość. Ale przecież ja sam pamiętam takich trzech z sześciu największych krajów UE: Joschka Fischer, Władysław Bartoszewski, Gianfranco Fini. Fischer, szef MSZ potężnego państwa, jakim jest Republika Federalna Niemiec, nie chciał odpowiadać na pytanie zadane po angielsku przez jednego z korespondentów zagranicznych na swojej pierwszej konferencji, tuż po objęciu urzędu ministra spraw zagranicznych w 1998 r.

Kompletną nieznajomością angielskiego – poza kilkoma podstawowymi zwrotami – wykazywał się też Gianfranco Fini z centroprawicowego gabinetu Silvio Berlusconiego, lider kiedyś skrajnie prawicowej MSI, a potem bardziej umiarkowanego Alleanza Nazionale, czyli Sojuszu Narodowego.

Trzecim takim przypadkiem był nasz dwukrotny mister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski, który perfekcyjnie znał niemiecki, ale od rozmów po angielsku uciekał. No ale był pod taką osłoną medialną, że zgodnie uznawano we wszystkich mediach (wtedy były raczej jednolite), że nie warto o tym pisać.

Westernizacja klasy politycznej

Pamiętam moją ostatnią wizytę w Serbii, także z delegacją Parlamentu Europejskiego. Przed budynkiem parlamentu witały mnie wtedy transparenty potępiające zbrodnie na serbskiej ludności cywilnej, które miały miejsce w Kosowie. Autorzy tych banerów obwiniali za bezczynność w tej sprawie i rząd w Belgradzie, i władze organizacji międzynarodowych. Dziś przed budynkiem władzy ustawodawczej w stolicy Serbii tych haseł i transparentów już nie ma. Myliłby się jednak ktoś, kto by uznał, że sprawa została zapomniana. Gdy wchodzę na spotkanie z serbską premier Aną Brnabić, widzę te same hasła na tych samych być może transparentach. Oskarżyciele przenieśli się zatem sprzed budynku parlamentu pod budynek prezesa Rady Ministrów. Skądinąd serbska premier, która lata spędziła w USA, aby potem we własnym kraju długi czas pracować dla amerykańskich firm i organizacji, jest przykładem daleko idącej westernizacji polityki serbskiej, a może raczej serbskiej klasy politycznej. Charakterystyczne, że ona sama woli mówić bardziej o Zachodzie niż o Unii Europejskiej. Zapewne po cichu ważniejsze od więzów europejskich są dla niej relacje transatlantyckie. W jej przypadku ta westernizacja poszła rzeczywiście bardzo daleko: pani Ana jest oficjalnie zadeklarowaną lesbijką, a jej partnerka doczekała się właśnie niedawno dziecka (syna). Zaskakujące jest w tym wszystkim to, że mimo tych faktów ruchy LGBT nie przepadają za nią i nie uważają za swoją. Ona też się z nimi nie identyfikuje.

Władze Serbii chcą, by do ich kraju przyjechał prezydent Rzeczypospolitej. Nawet jeśli na jego powitanie nie wyjdzie na ulice Belgradu 100 tys. ludzi jak w przypadku wizyty Putina, tylko parę razy mniej – to ja bym doradzał głowie państwa polskiego złożyć oficjalną wizytę państwową w kluczowym kraju Bałkanów Zachodnich. Dumnej Serbii bowiem nie warto zostawiać na pastwę Rosji. To niepolityczne. To my ją wprowadźmy do Unii – inne państwa, większe od nas i mające dużo cieplejsze relacje z Rosją, już nad tym pracują.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl