Od kilku dni trwa awantura wśród polityków Platformy Obywatelskiej, którzy zostali wycięci z list Koalicji Europejskiej lub dostali kiepskie miejsce.

Dzisiaj już informowaliśmy o złości Bogdana Zdrojewskiego, który bez ogródek daje do zrozumienia, że jest zdumiony zachowaniem Grzegorza Schetyny.

Ale jest kolejny odcinek tego serialu. Z nową bohaterką.

"Przekazy medialne i różne źródła podają, że struktury partyjne zaproponowały mi siódme miejsce na liście Koalicji Europejskie do PE. Nie ukrywam, że budzi to zdziwienie zarówno moje jak i moich wyborców, którzy przez cały weekend zasypywali mnie telefonami, e-meilami i pytaniami, o to co się stało, dlaczego"

– mówiła europosłanka.

Jak dodała, "zupełnie inne były uzgodnienia".

"Jesteśmy w trudnym okresie, kiedy wszystkie ręce na pokład, kiedy walczymy o wygraną Koalicji Europejskiej w Polsce i wygraną tutaj na Podkarpaciu. Również walczymy o to, żeby utrzymać na Podkarpaciu trzeci mandat, a to jest możliwe wtedy, gdy będzie odpowiednia frekwencja. Mobilizacja wyborców możliwa jest wtedy, gdy oni widzą, że ta lista pracuje i wszyscy są mocno w nią zaangażowani" – zauważyła Łukacijewska.

Jej zdaniem, należy zrobić wszystko, żeby nie oddawać Podkarpacia "walkowerem". Przypomniała, że pięciokrotnie wygrywała wybory: trzy razy do Sejmu i dwukrotnie do PE. "Wyborcy ocenili, że moja 18-letnia praca na rzecz regionu i mieszkańców jest bardzo dobra. To wyborca ostatecznie ocenia polityka" – podkreśliła europosłanka.

"Rozumiem, że budowie list, zwłaszcza koalicyjnych, zawsze towarzyszą emocje. Gdzieś trzeba zrezygnować, żeby ktoś inny mógł coś uzyskać. Rozumiem to wszystko, dlatego też zaproponowałam strukturze partii, że wystartuję z ostatniego miejsca listy koalicyjnej"

– poinformowała.

Łukacijewska zwróciła uwagę, że "listy nie są zamknięte". "Czekamy na ostateczną decyzję. Czekam ja, czekają moi wyborcy. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek był zniesmaczony, czy niezmobilizowany. Każdy głos jest na wagę złota" – stwierdziła.