Głód wiedzy lubi samotność

Ponad 100 mkw. paraklasztornego pomieszczenia, w którym zgromadzono 80 tys. książek. Wszystkie zamiast banalnie stać, leżą jedna na drugiej na regałach wysokich na siedem metrów, „ponieważ tak lepiej widać tytuły”. – Piękna tapeta, nieprawdaż? – pyta gospodarz tej niezwykłej, mieszczącej się w paryskim mieszkaniu biblioteki, zachwalając przy okazji jej walory akustyczne. Podobno dźwięk w tych ścianach rozchodzi się nie gorzej niż w operze wersalskiej. Kto wie, a może nawet lepiej.

Niemieccy dziennikarze nie kryją zdumienia. Mężczyzna o białych włosach spiętych w kucyk, który otworzył przed nimi swój prywatny księgozbiór, to Karl Lagerfeld. KL – te dwie literki mówią wszystko i nic: kreator mody, ekscentryk, wielbiciel kotów. A całkiem przy okazji właściciel 300 tys. książek rozlokowanych w siedmiu mieszkaniach, pochłaniający z miną zblazowanego dandysa nawet kilkadziesiąt lektur dziennie.

Nie ma kredytów na przeszłość

Podobno doskonale wiedział, w którym miejscu jest który tom, potrafił wysyłać współpracowników do jednego z mieszkań z precyzyjnym opisem miejsca ulokowania książki, którą nagle zapragnął przeczytać. Taki pośrednik między Lagerfeldem a jego biblioteką otrzymywał koordynaty typu: „Regał czwarty, rząd trzeci, druga od góry”. Odnajdował tom i wracał z nim do Lagerfelda. I świat był na powrót na swój dziwaczny sposób uporządkowany. Tak jak lubił.

W 2013 r. w wywiadzie udzielonym dziennikowi „Die Welt” Lagerfeld, mówiąc o swoich pasjach, modę wymienił jednym tchem z czytaniem. To od niego zaczynał dzień – gazety i książki czytane godzinami, koniecznie w wersji papierowej, żadnych kompromisów. Uwielbiał dotyk papieru. I pracę. „Człowiek musi mieć poczucie, że zawsze mógłby coś zrobić lepiej, że jak będzie się lenił, nie pójdzie do przodu. […] Dopóki człowiek nie bierze siebie samego tak strasznie na serio, wszystko idzie w dobrym kierunku. Jednak z chwilą, gdy uwierzy, że jest świetny, że wszystko mu się już udało – następuje koniec. Nie ma kredytów na przeszłość – to jest stare niemieckie, żydowskie, berlińskie przysłowie” – powtarzał.

A gdyby tak kupić sobie czas

Pasja zdobywania wiedzy zaspokajana intensywną, wręcz żarłoczną lekturą i pasja kreowania mody, ale przede wszystkim samego siebie wydawały się podwójnym motorem napędzającym go do działania. W branży mówiono o nim, że jest swoim największym tworem i mistrzem autokreacji. Znakiem firmowym były ciemne okulary i rękawiczki. Od połowy lat 70. Lagerfeld nie rozstawał się z okularami, które z każdym rokiem były coraz większe i coraz bardziej zaciemnione. Aby idealnie zmieścić się w wąskie garnitury, schudł 42 kilo, pod koniec życia w jego garderobach wisiało około 500 takich lagerfeldowskich zestawów, w szufladach do kompletu piętrzyło się 200 par rękawiczek. Tylko książek miał więcej niż ubrań. I wciąż pragnął poszerzać swój zbiór. W 1999 r. przy paryskiej rue de Lille, nieopodal Saint-Germain, Lagerfeld założył 7L – własną księgarnię. Pod nazwą 7L kryje się raj dla moli książkowych zainteresowanych nie tylko albumami poświęconymi haute couture, lecz także wszelkimi pięknymi i cieszącymi oko oraz zmysły zagadnieniami, które odzwierciedlały wysokie wymogi estetyczne właściciela. Lagerfeld lubił fotografować się na tle swoich książek. Czarna wychudzona postać hamburczyka z urodzenia, paryżanina z wyboru, pozująca przed regałami pełnymi kolorowych tomów… to nietypowy entourage jak na branżę, którą w porywach stać na kilka atrap książek wciśniętych w róg scenografii kolejnej sesji. – Mój problem z książkami już kiedyś opisał Schopenhauer: do każdej książki, którą się kupuje, należałoby kupić dodatkowy czas. Ja ich przeczytałem masę. I muszę się nimi otaczać.

Nie trzeba mądrych słów

Kilka lat temu, zapytany przez brytyjską dziennikarkę o dzieciństwo, Lagerfeld zaskoczył ją swoim brakiem sentymentu do czasu, który zazwyczaj sławni ludzie opisują z pewnego rodzaju mniej lub bardziej egzaltowanym rozrzewnieniem. „Chciałem jak najszybciej dorosnąć, nie interesowały mnie zabawy z innymi dziećmi, nie miałem wiele wspólnego nawet ze swoją siostrą i drugą przyrodnią. Byłem całkowicie odizolowany, siedziałem z boku i szkicowałem” – wspominał. Lagerfeld zmarł 19 lutego 2019 r. w wieku 85 lat. Odizolowany od świata, przed którym nie zamierzał się przyznać do choroby, do słabości. W otoczeniu swoich książek, być może ze szkicownikiem lub tomikiem wierszy ulubionej poetki Catherine Pozzi na nocnym stoliku. Zapytany kiedyś o to, czy nie ma dość wszechobecnych tomów piętrzących się na podłodze, stolikach, wszędzie, odpowiedział: „Wręcz przeciwnie, ja się tym żywię”. Do jego ulubionych dań należały dzieła historyczne i filozoficzne, cenił sobie Kanta. „Im więcej abstrakcji, tym lepiej” – mawiał. Czytanie było sensem ukrytym za blichtrem wybiegów i spojrzeniem sprytnie i celowo schowanym przed światem za czarnymi szkłami. Unikał jednak uczonych, przeintelektualizowanych dysput, lubił czytać i wiedzieć „dla siebie”, zatopić się w przemyśleniach. „[Nieustanny przymus czytania] jest niczym choroba, z której nie chcę być uleczony” – przyznał trzy lata temu w rozmowie z dziennikarzami „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. A w chorobie tej wspierało go grono zaufanych poszukiwaczy książkowych pereł. We Francji, w Niemczech, Stanach Zjednoczonych miał ludzi, którzy przetrząsali w jego imieniu księgarnie, wydawnictwa, antykwariaty i dostarczali wszystko, co najlepsze i zgodne z oczekiwaniami zleceniodawcy. Skrojone na miarę wiecznie niezaspokojonego głodu wiedzy cara mody. Człowieka, który chyba najbardziej w świecie lubił siebie przy… lekturze. I święty spokój.


Tekst ukazał się w miesięczniku „Nowe Państwo” nr 3 (156)/2019

 


Źródło:

#Karl Lagerfeld

Olga Doleśniak-Harczuk
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo