"Kazimierz Marcinkiewicz twórczo i na własne potrzeby zmodyfikował definicję stalkera i uznał, że dla niego stalkerem jest sąd. Dlaczego sąd? Bo to sąd rozpoznając jego sytuację majątkową uznał, że powinien płacić byłej żonie alimenty, a ponieważ w Polsce wyroki sądów obowiązują, pan Marcinkiewicz, jako gorący obrońca niezreformowanego wymiaru sprawiedliwości powinien się z tego orzeczenia sądu cieszyć. No i przy okazji płacić"

- tłumaczyła Katarzyna Gójska.

Prowadząca program "W punkt" wspomniała o jeszcze jednym aspekcie twórczości Kazimierza Marcinkiewicza. "W jednym z jego ostatnich wywiadów dowiedzieliśmy się, że ma dość specyficzne zapatrywanie na to, czym w ogóle jest wyrok sądowy"- zauważyła redaktor Gójska.

Marcinkiewicz stwierdził, że nie uchyla się od wyroku, ale wypełnia go na miarę swoich możliwości.

"Teraz przykładem aspirującego o względy Grzegorza Schetyny byłego polityka PiS - no nie wiem - przynajmniej połowa osadzonych w polskich więzieniach ogłosi, że będą siedzieć tylko tyle ile wytrzymają. Skoro wpływowy polityk ogłasza publicznie, że tak można, a on sam też tak nawet robi, to czemu oni mieliby być gorsi?" 

- żartowała K. Gójska.

"Pan Marcinkiewicz próbuję przekonywać, że niepłacenie zasądzonych alimentów to jego prywatna sprawa. Nic bardziej mylnego, tłumaczyliśmy to w Republice jako pierwsi, po nas inne media podchwyciły ten temat. Prywatne mogą być powody, dla których sąd alimenty zasądzi. Nie wykonywanie wyroków sądów jest już sprawą publiczną. Z tej sprawy pan Marcinkiewicz był i będzie rozliczany"

- mówiła dziennikarka i wskazała, że afera z alimentami może być dla Marcinkiewicza "szalenie niewygodna, bo miał ochotę na karierę w Parlamencie Europejskim".

"Pan Kazimierz Marcinkiewicz jest alimenciarzem, no i z tego względu ma pod górkę"

- powiedziała, przypominając, że Ewa Kopacz udzieliła Marcinkiewiczowi wsparcia, mówiąc, że jest świetnym politykiem i nie widzi przeszkód w jego kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego z list Koalicji Europejskiej.

"Może i świetny, ale najwyraźniej pani Kopacz posłuchu u Grzegorza Schetyny nie ma.  Z tej, w gruncie rzeczy dość przykrej historii, płynie jednak pozytywna informacja. Jest bowiem taki poziom hipokryzji, który nawet dla Platformy może być trudny do przełknięcia, a zatem mamy postęp" 

- spuentowała Katarzyna Gójska.

OBEJRZYJ FELIETON KATARZYNY GÓJSKIEJ