100 lat temu urodził się Antoni Rząsa. Jego rzeźby to dzieła, do których "należy się modlić"

Antoni Rząsa / fot. antonirzasa.pl

  

Ojciec uważał, że w naszej kulturze, tradycji, wizerunek Chrystusa ukrzyżowanego jest najmocniejszym symbolem cierpienia i śmierci - mówi Marcin Rząsa, prowadzący w Zakopanem galerię Antoniego Rząsy. Setna rocznica urodzin wybitnego rzeźbiarza wypada we wtorek.

Chociaż Antoni Rząsa związał swoje życie z Zakopanem, zawsze tęsknił do rodzinnych stron. Jak jego rodzice zapatrywali się na jego przyszłość? Czy to oni ukierunkowali go artystycznie?

Marcin Rząsa: Ojciec rzeczywiście był bardzo przywiązany do swojej rodzinnej wsi Futoma na Podkarpaciu. Wyrastał w rodzinie rolniczej, wielodzietnej. Sam ukuł takie motto, które często powtarzał – „Do Futomy jedź, trzeba być w Futomie koniecznie”. W Futomie wszyscy utrzymywali się z pracy na roli. Kiedy ojciec był w szkole podstawowej jeden z nauczycieli, Roman Juszczak, zauważył jego niezwykły talent, i wystąpił z inicjatywą, żeby kształcić go w szkołach artystycznych. Dla dziadka hasło dalszego kształcenia w szkołach artystycznych było zupełną abstrakcją, ale całe szczęście - dzisiaj się z tego śmiejemy - ojciec miał młodsze rodzeństwo, któremu dziadek poświęcił swoją uwagę. 

Dla rodziny Rząsów wyprawienie syna na nauki do Zakopanego było pewnie sporym wyzwaniem logistycznym i finansowym? 

Nauczyciel załatwił mu stypendium, dzięki któremu mógł się kształcić w Zakopanem. Ojciec przyjechał do Zakopanego tuż przed wojną, w 1938 roku i rozpoczął naukę w Szkole Przemysłu Drzewnego w klasie rzeźby, gdzie jego nauczycielem został Antoni Kenar. 

Jak potoczyły się jego losy w czasie wojny?

Kiedy wybuchła wojna ojciec musiał wrócić do Futomy i wydawało się, że jego kariera rzeźbiarska prysła jak bańka. Po wojnie ojciec napisał list do Szkoły Przemysłu Drzewnego z prośbą o odesłanie jego dokumentów. Ten list na szczęście trafił w ręce Kenara, który dobrze pamiętał ojca z przed wojny. Wówczas Antoni Kenar odesłał ojcu list z namową, aby wrócił do szkoły. Mimo sprzeciwu dziadka, ojciec przyjechał do Zakopanego i kontynuował naukę. 

Relacja między Kanarem a twoim ojcem w końcu przerodził się w przyjaźń? 

To nie była zwykła relacja jak między uczniem a nauczycielem, a bardziej jak pomiędzy mistrzem i uczniem w renesansowej pracowni artystycznej. Po ukończeniu zakopiańskiego Liceum Plastycznego, które wykształtowało się ze Szkoły Przemysłu Drzewnego, Kenar od razu zaproponował ojcu pracę w charakterze nauczyciela rzeźby. Ojciec nie kontynuował nauki rzeźby w żadnej Akademii; odbywał jedynie kursy mistrzowskie pod okiem Kenara. Kończył szkołę w 1952 roku, a były to czasy mrocznego socrealizmu i Kenar uważał, że ojciec jest zbyt wrażliwy na kształcenie artystyczne w takich warunkach. Stąd pojawił się pomysł, aby dalej rozwijał się pod jego skrzydłami. Kenar był genialnym pedagogiem i dla niego każdy uczeń był indywidualnością, a jego zadaniem było zweryfikowanie oryginalności danego ucznia i dmuchanie w tę iskierkę, żeby każdy z nich poszedł swoją ścieżką artystyczną. 

W twórczości Antoniego Rząsy przeważają tematyka chrystologiczna, pasyjna, sceny z Męki Pańskiej. Czy jego twórczość należy odbierać jako religijną? 

Ojciec zawsze podkreślał, że jego rzeźby to nie są dzieła, do których należy się modlić. Jego tematyka biblijna nie jest ilustracją do Ewangelii, jest to historia ludzkiego losu, cierpienia i stąd właśnie często pojawia się w jego twórczości motyw Chrystusa ukrzyżowanego. Wcześniejsze rzeźby ojca były zupełnie inne, pogodne, bardziej dekoracyjne, a przełom w jego twórczości nastąpił w momencie choroby Antoniego Kenara i jego śmierci. Dla ojca było to bardzo trudne doświadczenie i chciał o tym opowiedzieć właśnie przez swoją twórczość. Ojciec uważał, że w naszej kulturze, w naszej tradycji wizerunek Chrystusa ukrzyżowanego jest najmocniejszym symbolem cierpienia i śmierci - bólu. 

Czy jego rzeźby znalazły się w kościołach?

Przez długi czas ojciec bronił się przed tym. Pierwszym publicznym pojawieniem się jego rzeźby w przestrzeni sakralnej był nagrobek dla Antoniego Kenara na cmentarzu na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Jest to ukrzyżowany Chrystus, ale nie w pozie takiej jak dotychczas ludzie znali. Lokalną ludność to przedstawienie wręcz zbulwersowało, bo wszyscy dotychczas znali inne wizerunki ukrzyżowanego Chrystusa. A ta rzeźba jest niezwykle ekspresyjna i podobno, żeby nie została zniszczona, uczniowie ze szkoły Kenara musieli tam dyżurować. Dopiero, gdy ksiądz w ramach ogłoszeń duszpasterskich powiedział, że takie przedstawienie nie jest obrazoburcze, rzeźba została zaakceptowana. 

Innym razem ksiądz ze wsi Groń koło Nowego Targu chciał mieć rzeźbę ojca w tamtejszym kościele, ale ojciec długo się przed tym bronił i w końcu ustalił z księdzem, że rzeźba stanie na jeden miesiąc w świątyni, ale przy niej wyłoży zeszyt, w którym parafianie sami wypowiedzą się o tym dziele. Ustalił z księdzem, że jeżeli będą przeważały opinie pozytywne to rzeźba zostanie, a jak będzie więcej negatywnych to rzeźba wróci do pracowni. Okazało się, że wśród miejscowych górali tylko jedna osoba wypowiedziała się pozytywnie, a cała reszta negatywnie lub bardzo negatywnie. Prace ojca bardzo ciężko było kupić, bo niechętnie się z nimi rozstawał. 

Jego rzeźby znalazły się jednak w kościele Arka Pana w Nowej Hucie.

Myślę, iż ojciec miał świadomość, że jest to niezwykle ważny kościół. Pamiętał wszystkie boje stoczone, aby ten kościół stanął w Nowej Hucie, mimo pomysłów władzy komunistycznej, że ma być to pierwsze socjalistyczne miasto bez kościoła. Jednak okazało się, że ludzie potrzebują Pana Boga i nie da się go tak łatwo wyeliminować z ludzkiego życia. Ranga i znaczenie tego kościoła przekonały ojca - jego rzeźby stanęły tam, w kaplicy Pojednania można podziwiać osiem jego prac. Rzeźby ojca są także w kościele w Futomie, bo ojcu bardzo na tym zależało, żeby w rodzinnej wiosce znalazły się jego prace, a kościół jest tam jedynym publicznym miejscem. 

Czy nadawał tytuły swoim rzeźbom?

Rzeczywiście większość rzeźb ma jakiś tytuł, ale ojciec bardzo szybko zorientował się, że tytuł bardzo mocno ogranicza odbiór dzieła i żeby nie narzucać widzowi danej myśli, lepiej jest jeżeli ktoś według własnej wrażliwości, nastroju może odczytać przesłanie danej rzeźby. 

Antoni Rząsa żył bardzo skromnie...

Będąc nauczycielem w zakopiańskiej szkole plastycznej zamieszkiwał w internacie. Później dzięki pomocy władz Zakopanego w 1974 r. zakupił niedokończoną budowę przy ulicy Bogdańskiego i własnym wysiłkiem dokończył dom, w którym otworzył galerię autorską. Zmarł 26 stycznia 1980 r. w Zakopanem. Wolą ojca było, aby jego dzieła pozostały w zakopiańskiej galerii. 

Rozmawiał Szymon Bafia (PAP) 

 

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Lisiewicz: Gangster ps. „Szydło” namierzony, ale co z „Adamsem”? Bertold Kittel na tropie!

/ Maciej Luczniewski/Gazeta Polska

Piotr Lisiewicz

Szef działu „Kraj” w tygodniku „Gazeta Polska”. Na jej łamach publikuje m.in. całostronicowe felietony o charakterze satyry politycznej.

Kontakt z autorem

  

- Ten reportaż w programie „Superwizjer” w TVN przejdzie do historii polskiego dziennikarstwa. Ekipa Bertolda Kittela po kilkunastu minutach pokazywania morderstw, pobić oraz nazistowskich imprez, ogłasza: „Dokumentując działalność Olgierda L. i jego żołnierzy docieramy do pochodzącego z 2017 roku nagrania ze spotkania przestępców z urzędującą premier Beatą Szydło” Uściślijmy, że reporterzy TVN „docierają” do filmiku za pomocą…. Facebooka, gdzie umieścił go jeden z członków grupy motocyklowej. Motocykliści ci – jak dowodzi TVN, gangsterzy - w 2017 r. pomagali ofiarom koszmarnej wichury w miejscowości Rytel. Tam też pojawiła się pani premier, ściskając ręce wolontariuszom, pomagającym potrzebującym. Tak wyglądało owo kilkusekundowe „spotkanie” z gangsterami – pisze dla portalu Niezależna.pl Piotr Lisiewicz.

Co ciekawe, ówczesne relacje antyrządowych mediów były przychylne dla motocyklistów i rzecz jasna nieprzychylne dla rządu. Portal NaTemat.pl Tomasza Lisa pisał entuzjastycznie: „Mieszkańcy, sołtys, strażacy i motocykliści z całego kraju oddają krew”. Motocykliści byli OK, niedobry miał być rząd, który pomagał za słabo i nieudolnie.

Swoją drogą „Szydło” to idealna ksywa dla gangstera wyćwiczonego w posługiwaniu się nożem. Taka w sam raz pasująca do bandyckiego poczucia humoru. Może dlatego dziennikarze TVN uznali, że ich reportaż uznany zostanie za poważny i wiarygodny?

Pasek dyrektora i tył sutanny księdza

Wartość poznawcza reportażu TVN jest nie do przecenienia. Oto dzięki „Superwizjerowi” cała Polska mogła dowiedzieć się wczoraj, jak wygląda pasek od spodni dyrektora Muzeum II Wojny Światowej Karola Nawrockiego oraz tył czarnej sutanny salezjanina, księdza Jarosława Wąsowicza!

Od paru miesięcy dochodziły do mnie sygnały, że Bertold Kittel szykuje reportaż demaskujący kibiców Lechii Gdańsk. Jak twierdzą niektórzy, początkowo miał on służyć głównie atakowi na dyrektora muzeum, o które trwał publiczny spór.

Okoliczności zbierania materiału zakrawały na groteskę. Oto do salezjanina, księdza Jarosława Wąsowicza, organizatora pielgrzymek kibiców na Jasną Górę, Bertold Kittel (na oko osobiście) podszedł znienacka w lipcu w… Wilnie, gdzie ksiądz pielgrzymował do Ostrej Bramy. Miał plecak, ubrany był w czapkę z daszkiem i ciemne okulary. Zapytał księdza, czy zna wymienionego z nazwiska kibica Lechii Gdańsk, według TVN - przestępcę. Ksiądz nazwiska nie zna, więc dopytuje się: - To kibic jakiś, tak? Osobiście go nie znam.

Z kolei dr Karolowi Nawrockiemu pytania zadał podobne pytanie podczas naukowej konferencji.

- To proszę mi przypomnieć, kto to jest?

– odpowiedział dyrektor.

Nazwisko pada jeszcze raz.

- Tak jak pan rzucił, to nie…

– zastanawia się zaskoczony Nawrocki.

Obaj panowie są osobami publicznymi, dziennikarze mają ich telefony, umówienie się z nimi na rozmowę nie jest żadnym kłopotem. Obaj od wielu lat kibicują gdańskiej Lechii i z tonu ich wypowiedzi wynika, że trochę wstydzą się, iż nie kojarzą osoby, które ma być ważnym kibicem według dziennikarza. Jeszcze ktoś pomyśli, że zadzierają nosa…

W reportażu TVN zamiast twarzy pokazany zostanie pasek od spodni dyrektora i tył sutanny księdza, co ma być sugestią, że informacje zostały pozyskane w jakichś tajemniczych okolicznościach. Może wstydzą się swoich związków z kibolami? – ma zrozumieć widz.

Otóż obaj „podejrzani” wcześniej złożyli już obszerne wyjaśnienia na temat owych niebezpiecznych związków. Mam je w domu na półce. Ksiądz Jarosław Wąsowicz, jednocześnie historyk, jako osobnik szczególnie niebezpieczny najpierw złożył zeznania na ponad 300 stron i wydał je w książce zatytułowanej „Biało-zielona Solidarność”. Później wspólne zeznania obu historyków znalazły się w liczącej 220 stron książce „Wielka Lechia moich marzeń”.

Jak kibol „Adams” pisał wstęp do książki ks. Wąsowicza

Księdza ma obciążać zdjęcie. Nienowe, wielokrotnie publikowane przez Gazetę Wyborczą. Oto po pogrzebie „Łupaszki”, w miejscu publicznym, do popularnego księdza podeszła grupa kibiców Lechii, by zrobić sobie z nim zdjęcie. Zdaniem GW i TVN jeden z nich to gangster. I to koniec dowodów na niebezpieczne związki księdza.

A może jednak nie koniec? Na księdza jest jeszcze jeden hak. Wstęp do jego książki napisał znany na Lechii kibol o ksywie „Adams”. Kim jest „Adams”? O tym za chwilę.

Z kolei dyrektor Nawrocki upamiętniając polskich bohaterów współpracuje z szanowanym powszechnie kibicem Lechii „Milanem”, za komuny zaangażowanym w działalność podziemną. A „Milan” zna z trybun Lechii wspomnianego przestępcę, którego nie znają ksiądz ani dyrektor. I to znów koniec dowodów.

Gdybym był Bertoldem Kittelem, to dalej pociągnąłbym to śledztwo. Mój tekst brzmiałby mniej więcej tak:

„Bóg, Honor, Ojczyzna” – taki napis widnieje na szaliku Lechii Gdańsk zawieszonym na szyi kibola o ksywie „Adams”. „Adams” na zdjęciu, do którego dotarłem, odwiedza w szpitalu lidera kiboli Lechii. „Adams” to także znajomy wspomnianego kibola „Milana”.

Wszystkie napisane powyżej słowa są prawdą. To teraz ujawnię tajemnicę, która wstrząśnie polską polityką: „Adams” to Paweł Adamowicz. Oczywiście kilkanaście lat przed tym, jak zaczął chodzić na Parady Równości. Dodajmy, że „Milan” zna także prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Prawdziwa ośmiornica!

Wyjaśniam, że do kompromitującego według standardów TVN zdjęcia „Adamsa” nie dotarłem na Facebooku, ale bardziej wyrafinowaną techniką, bo w książce ks. Jarosława Wąsowicza „Biało-zielona Solidarność”. Paweł Adamowicz napisał też do niej wstęp. Bo wtedy był nie tylko wieloletnim kibicem Lechii, ale i umiarkowanym prawicowcem. Prehistoria…

Kolejny wątek śledztwa: Tusk i „Makaron”

Paweł Adamowicz był kibicem Lechii, i to szanowanym, naprawdę. Donald Tusk szanowany był niespecjalnie, kibicował poza lożą VIP dużo dawniej, ale niewątpliwie znał cały szereg postaci, których według TVN znać nie wypada. Choćby „Makarona”. A jak znał „Makarona”, to przecież odpowiada za wszystkie zadymy z udziałem „Makarona”. Nieprawdaż, redaktorzy z TVN?

Reportaż „Superwizjera” robił wrażenie, jakby jego autorzy postanowili pobić rekord świata w ilości wypowiedzi osób odwróconych tyłem oraz mających zmieniony głos. Nie potrafię ocenić wartości reportażu, gdy chodzi o pierwszą część – opis środowisk przestępczych. Być może jest on prawdziwy, być może podkoloryzowany na potrzeby politycznej puenty. Nie wiem.

Ale właśnie polityczne manipulacje spowodują, że nie zostanie uznany za wiarygodny. Dla porządku: nikt z dziennikarzy nie kwestionował specjalnie wiarygodności ustaleń innego dziennikarza tej stacji, dotyczących działalności bojówki Sharksów w Wiśle Kraków. Bo z tamtego reportażu nie wyzierała tak jaskrawa manipulacja.

Ubekistan kontra Lechia Gdańsk. Dogrywka po ponad 30 latach

O co chodzi więc Bertoldowi Kittelowi? O to, co zawsze, albo prawie zawsze: o walkę z niepodległościowym, antykomunistycznym obozem w Polsce.

Kibice Lechii Gdańsk w latach 80. dzielnie walczyli z komuną. Paweł Adamowicz pisał o takich jak „Milan” pięknie: „Cieszę się, że ksiądz Jarosław Wąsowicz wykonał tytaniczną pracę, która pozwoliła wykazać, że Solidarność niosła również biało-zielone sztandary. Można powiedzieć, że >>przywrócił do życia<< bohaterów, którzy walczyli o wolność najlepiej jak potrafili – na gdańskiej ulicy (…) tak samo jak Amerykanie uwiarygodnili >>Sprawę honoru<<, tak ksiądz Wąsowicz daje świadectwo biało-zielonej Solidarności”.

Nie jest przypadkiem, że telewizję, która atakuje dziś znów kibiców Lechii Gdańsk, zakładał człowiek, który według Jerzego Urbana nadawał się do ocieplania wizerunku ZOMO. Nie jest przypadkiem, że zostają zaatakowani przez tę stację kibice klubu, który organizuje jedne z najpiękniejszych antykomunistycznych opraw. To po prostu dogrywka starej wojny z kibicami Lechii – wrogami komuny i postkomuny.

To dlatego reporterzy TVN nie chcą zrozumieć, że kibiców w większych miastach jest po kilkadziesiąt tysięcy i reprezentują cały przekrój społeczeństwa. Jak na każdą tak dużą społeczność, oddziałują na nią siły dobra i zła. W dobrym kierunku oddziałuje na nie niewątpliwie ksiądz, organizujący pielgrzymki kibiców i historyk, wraz z kibicami zabiegający o pamięć o bohaterach. W złym kierunku ciągną kibiców różne osoby dopuszczające się przestępstw. Takie trudne do pojęcia?

I jeszcze coś na puentę, dla odmiany na wesoło. Częścią programu Kittela są zwyczajowe pogadanki w studiu, w których tłumaczone jest ludowi, co autor chciał powiedzieć oraz dlaczego lud ma się bać. Tym razem Bertold Kittel wygłosił kwestię następującą:

Z jakichś powodów mamy tutaj obecność bardzo bliską świata polityki, oni szukają kontaktów z ludźmi z takich normalnych, powiedzmy, organizacji, powiedzmy cywilnych, czyli ludzi, którzy są urzędnikami, ludzi, którzy są politykami, tego nie było wcześniej, może panowie mogą mnie wyprowadzić z błędu, żeby na przykład >>Bolo<<, czy >>Pershing<< był na zdjęciach z politykami z pierwszych stron gazet”.

Jeśli Kittel nie wie, kto zakładał w Polsce przestępczość, niech zapyta swoich szefów. Może przypadkiem oni coś wiedzą na ten temat?

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl