Pod koniec stycznia „Gazeta Wyborcza” zainicjowała serial pt. „Taśmy Kaczyńskiego”. Pierwsza publikacja, zapowiadana jako bomba, okazała się kapiszonem albo – jak ocenił premier Mateusz Morawiecki – „największym niewypałem odkrytym po II wojnie światowej”. Pojawiły się liczne komentarze, że tą publikacją „Wyborcza” jedynie potwierdziła, iż prezes Jarosław Kaczyński zawsze działa w granicach prawa.

Niektórzy jednak podkręcali emocje. Najpierw Ryszard Petru złożył doniesienie do prokuratury. To samo zrobili posłowie PO. Nie inaczej pełnomocnicy Austriaka Geralda Birgfellnera – Roman Giertych i Jacek Dubois.

Tak im się na początku spieszyło. Po wpłynięciu zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, prokurator bezzwłocznie ustalił termin pierwszego przesłuchania, mimo faktu, że załączono blisko tysiąc dokumentów w znacznej części w języku angielskim.

Teraz Roman Giertych unika kontaktów z prokuraturą. Na 21 i 22 lutego wezwano Gerarda Birgfellnera na przesłuchanie. Już wiadomo, że Austriak nie stawi się, ponieważ przebywa poza granicami Polski.

Mec. Giertych wielokrotnie zaznaczał, że postępowanie musi być prowadzone bez zwłoki. Tymczasem - jak podaje nam prokuratura - po ostatnim przesłuchaniu uzgodniono, że kolejny termin zeznań Birgfellnera będzie ustalony telefonicznie 15 lutego.

Prokurator podjął próby kontaktu z adwokatem Romanem Giertychem 15 lutego, a wobec braku tego kontaktu również 18 lutego. Bez skutku.

Prokurator poprosił kancelarię Romana Giertycha o kontakt. Prośba ta również pozostała bez odzewu. Wobec tego prokurator doręczył wezwania zawiadamiającemu na dzień 21 i 22 luty bieżącego roku na wskazany do korespondencji adres.

Podejmowane przez zawiadamiającego i jego pełnomocnika działania i zaniechania wskazują, że próbują oni co najmniej spowolnić postępowanie karne, o czym świadczy także brak przedłożenia przez nich jakichkolwiek nagrań wskazanych w zawiadomieniu, a także nieprzedłożenie ich w trakcie pierwszego przesłuchania. Dopiero na stanowcze żądanie prokuratora do dostarczenia nagrań zawiadamiający przedłożył je dopiero 13 lutego 2019 roku. Nośnik elektroniczny przedstawiony prokuraturze zawierał jakiś zapis dwóch rozmów, co do których nie można stwierdzić z całą pewnością, czy dotyczą one spotkań wskazanych przez zawiadamiającego i opisanych w „Gazecie Wyborczej”. Do chwili obecnej prokurator nie otrzymał od zawiadamiającego Geralda B. i jego pełnomocnika Romana Giertycha oryginałów nagrań

- przekazała nam prokuratura.

Śledczy zaznaczyli, że dotychczasowe zeznania zawiadamiającego są „bardzo zdawkowe, a on sam zasłania się w wielu wypadkach niepamięcią”.

"Czynności podejmowane przez zawiadamiającego i jego adwokatów takie jak  niestawiennictwo na wskazane przez prokuratora terminy, brak doręczenia oryginałów nagrań, a także dotychczasowa treść zeznań wskazują na dążenie do nieuzasadnionego wydłużenia czynności, co prowadzi do uniemożliwienia podjęcia przez prokuratora decyzji procesowych w tym postępowaniu"

– podają nam śledczy.