Jan Olszewski. Szkic arcypolski

  

Jan Olszewski był Polakiem dwóch tradycji, zbyt łatwo w naszych dziejach sobie przeciwstawianych. Z jednej strony był człowiekiem romantycznego patriotyzmu, z drugiej – pozytywistycznej pracy u podstaw.

To pierwsze kojarzymy z gorącym sercem, które stawia polskie sprawy ponad wszystko – wbrew przeciwnościom losu. Grzechami tej postawy bywają słomiany zapał i patriotyzm uczuć, które gubią się w działaniu. Druga postawa wiąże się z konkretną społecznikowską aktywnością, wymagającą solidnego wysiłku oraz racjonalnej kalkulacji możliwych zysków i strat. Ale niektórych intelekt zwiódł na manowce i uczynił zakładnikami naszych zaborców oraz namiestników, a krzątanina przy większych i mniejszych sprawach kazała im zobojętnieć na polską wolność. W życiu premiera Olszewskiego wygrały dobre strony romantyzmu i pozytywizmu – splatając się w piękną całość. Nie tylko określiły, jakim stał się człowiekiem, ale też jacy ludzie uznali go za swojego przyjaciela, a jacy za wroga.

„Wrócić do normalności”

Punktem odniesienia dla Jana Olszewskiego była II Rzeczpospolita, suwerenne państwo polskie. Uważał, że niezafałszowaną polskość w przyszłość przenieśli ludzie, którzy żyli w dwudziestoleciu międzywojennym. Tak mówił o tym w 2003 r.: „To jest istotą patrzenia na rzeczywistość, to odróżnia ludzi, którzy pamiętają tamten czas, od ludzi z następnych dziesięcioleci, z następnych generacji – pamięć tego, że żyło się kiedyś w normalnym państwie, w normalnym kraju. I stąd chyba brało się zawsze moje głębokie przekonanie, że trzeba jakoś do tej normalności starać się wracać, walczyć o nią, zachować ją jako pewną postawę wewnętrzną. I to jest chyba klucz do tego wszystkiego, co robiłem w ciągu następnych różnych etapów mojego życia”. To cytat z książki „Dwa kolory”: w której z premierem Olszewskim rozmawiał Jerzy Zalewski.

Druga Rzeczpospolita nie była państwem idealnym. Jan Olszewski miał tego świadomość. Wiedział też dobrze, na jakich różnych tradycjach była zbudowana i jak różne poglądy ideowo-polityczne mieli ludzie, którzy odbudowywali niepodległy kraj po ponad stuleciu niewoli. Byli wśród nich niepodległościowi socjaliści i narodowi demokraci. Była bardzo liczna reprezentacja autentycznego ruchu ludowego, włościańskiego – mówiąc ówczesnym językiem. Byli wśród nich i galicyjscy konserwatyści, i ziemianie z Poznańskiego. Byli wśród nich Wojciech Korfanty, lwowskie Orlęta i generał Lucjan Żeligowski. Była wreszcie cała rzesza spółdzielców, których symbolem stał się Franciszek Stefczyk. Spory polityczne w czasach II Rzeczypospolitej były zresztą o wiele gorętsze niż obecnie, znacznie silniejszy był w nich element jawnej przemocy. A jednak była to Polska niepodległa – oddanie której łączyło i PPS-owca Kazimierza Pużaka, i endeka Stanisława Grabskiego. Była to Polska, która co prawda gospodarczo dopiero próbowała wybić się na niepodległość, jednak wreszcie była wolna od obcych politycznych i ustrojowych reżimów – wolna od dyktatu Moskwy, Wiednia i Berlina.

A w sercu wolna Polska

Premier Olszewski wywodził się z lewicy niepodległościowej, z kolejarskiej, PPS-owskiej rodziny. Jego krewnym był Stefan Okrzeja z Organizacji Bojowej PPS, powieszony na stokach warszawskiej Cytadeli w 1905 r. W wywiadzie dla pisma „Glaukopis” (nr 36) Jan Olszewski mówił o swoim pierwszym wspomnieniu z dzieciństwa. Był 1 maja 1935 r.:

„W Warszawie miało miejsce wyjątkowe zjawisko pogodowe – gwałtowna śnieżyca. Śnieg był tak ogromny, że pod jego ciężarem złamało się wiele drzew. Leżał kilka czy kilkanaście godzin, później rozpuścił się. Zachowałem w pamięci taki obraz… Rano zbiera się pierwszomajowy pochód związku kolejarzy. Wyruszał z Bródna, gdzie mieszkaliśmy. Szedł do Warszawy i przyłączał się do ogólnej manifestacji. Orkiestra kolejowa prowadzi pochód idący niemal po kolana w śniegu… To pierwszy obraz utrwalony w mojej pamięci”.

Korzenie nie przesądzają o całym ludzkim życiu – każdy ma prawo wybrać źle, według słów Jacka Kaczmarskiego. Jednak w przypadku premiera Olszewskiego to zakorzenienie w polskości, we wspomnieniach rodzinnych sięgających jeszcze powstania styczniowego, okazało się trwałym dziedzictwem. Do idei polskiej niepodległości był przywiązany całym sercem. A równocześnie w trudnych dekadach PRL znalazł sposób, by dla niej pracować u podstaw – właśnie dla tej „uwewnętrznionej” suwerennej Rzeczypospolitej. Raz jeszcze oddajmy mu głos: „Pełnienie zawodu adwokata było dla mnie jakąś formą społecznego działania. Jako źródło utrzymania było wygodne, bo pozwalało swój czas zagospodarowywać mniej więcej samodzielnie, wyłączało z obszaru zbiurokratyzowanego społeczeństwa, a dla mnie najistotniejszy był fakt, że mogłem w tej formie przede wszystkim pomagać tym, którzy się układom politycznym i ustrojowym sprzeciwiali”.

Czyja będzie Polska?

Jego biografia pozwala dobrze zrozumieć, dlaczego stał się autorem ponadczasowych słów wypowiedzianych 4 czerwca 1992 r. w Sejmie: „Jest Polska, była Polska przez czterdzieści parę lat – bo to jednak była Polska – własnością pewnej grupy. Własnością z dzierżawy, może nawet raczej przez kogoś nadanej. Po tym myśmy w imię racji, własnych racji politycznych, zgodzili się na pewien stan przejściowy. Na kompromis, na to, że ta Polska jeszcze przez jakiś czas będzie i nasza, i nie całkiem nasza. I zdawało się, że ten czas się skończył. Skończył się wtedy, powinien się skończyć, kiedy uzyskaliśmy władzę pochodzącą z demokratycznego, prawdziwie demokratycznego wyboru.

A dzisiaj widzę, że nie wszystko się skończyło że jednak wiele jeszcze trwa i że to, czyja będzie Polska, to się dopiero musi rozstrzygnąć”.

Z pozoru jest to jedno z wielu przemówień, które wypowiedziano w polskim parlamencie od tamtego czasu. Jeśli jednak lepiej zrozumiemy jego historyczny kontekst, jeśli dostrzeżemy, z czyich padło ust – zobaczymy wielką mowę polityczną. I to nie tylko czasów nam współczesnych. To jest mowa, która wprost odwołuje się do polskich nadziei na niepodległość jeszcze z XIX w. To jest mowa, która podejmuje na nowo dramatyczne pytanie o możliwość i warunki polskiej suwerenności. To jest mowa, która wyjaśnia, skąd konieczność chłodnych kalkulacji i „układania się” oraz pyta o możliwość zerwania z nimi. To mowa, która wyjaśnia, czym była ta „nie całkiem nasza” Polska. I bez słów wskazuje tych, których w pełni suwerenna Rzeczpospolita przeraziła. 4 czerwca 1992 r. oni byli w sali sejmowej – w różnych jej miejscach. Byli tam wówczas i ci, którzy wiedzieli, że odbywa się nie tylko głosowanie nad rządem, ale także nad Rzecząpospolitą, nad marzeniami wielu pokoleń Polek i Polaków. I więcej: to było głosowanie nad nadziejami tych, którzy szli do wolnej ojczyzny uskrzydleni romantyzmem albo pracowali dla niej u podstaw, przygnieceni ciężarem „zwykłych spraw”. Przegrane, niestety, głosowanie.

„To, czyja będzie Polska, to się dopiero musi rozstrzygnąć”. III RP nie dała nam wielu nadziei na pozytywne rozstrzygnięcie tej kwestii. Ale teraz to od nas zależy, co dalej będzie z dziedzictwem Jan Olszewskiego. I bardziej niż innych – samych siebie musimy z tego rozliczać.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl