Z Santaną mam kłopot, bo każdy dźwięk zagrany przez niego wydaje mi się znajomy. A jednocześnie nie jest naśladowcą. Zatem mamy do czynienia z autoplagiatami? A może z artystą, który stworzył tak wyrazisty styl, że stał się on silniejszy od inwencji? Rozstrzygnijcie Państwo sami. Słucham go właśnie na Spotify z przyjemnością, bo wrócił z nową muzyką. Jest to jego pierwszy album po podpisaniu umowy z wytwórnią Concord Records. Album, dużo powiedziane. Minialbum: pięć utworów, które dostępne są na wszystkich popularnych serwisach streamingowych. Pięć utworów, to też za dużo powiedziane – premierę mają właściwie trzy kompozycje, bo dwa utwory mają wersje rozbudowane oraz krótsze radiowe.

Projekt zatytułowany jest „In Search of Mona Lisa”. Jak mówi sam Santana, na stworzenie go zdecydował się po wizycie w Luwrze. Cóż, opowieść dobra jak każda inna. A muzyka? Woodstockowy bunt Santany dawno się już ustatecznił. Artysta sięga w minialbumie nawet po symfoniczną sekcję smyczkową. A poza tym znane, nasycone brzmienie gitary, latynoskie rytmy i ozdobniki. Zasadnicze pytanie dla sukcesu artysty brzmi, czy utwór „Do You Remember Me” stanie się przebojem, czy nie. Jest podobny do największych hitów Santany: „Smoth”, „Moon Flower”, „Guajira”, „Black Magic Women”. Czy to jednak wystarczy? Na razie wiemy jedynie, że za produkcję nowego studyjnego krążka ma być odpowiedzialny sam Rick Rubin. Legendarny producent wsparł Santanę również przy „In Search of Mona Lisa”. Pełnowymiarowego albumu Santany możemy spodziewać latem 2019 r.