Adam Kownacki znakomicie spisał się w walce z silnym Geraldem Washingtonem. Znokautował go już w drugiej rundzie. Jak sam przyznaje, był to efekt bardzo dobrych przygotowań do walki. [polecam:

Ja po prostu byłem dobrze przygotowany. Miałem za sobą ciężki obóz, podczas którego wykonałem naprawdę sporo pracy. Sparowałem dwa razy dziennie i w sumie uzbierało się tego około 160 rund. Pracowałem nad kondycją, taktyką, rozpracowaniem rywala. Ciężka praca jest kluczem do sukcesów, co potem udowodniłem w ringu.

- mówi.

Okazuje się, że zależało mu na tym, by jak najszybciej zakończyć walkę. Wszystko przez... wspaniałą wiadomość, jaką usłyszał niedługo wcześniej.

Byłem oczywiście gotowy na pełen dystans, ale - z wiadomych względów - nie miałem nic przeciwko, aby nie czekać na werdykt do ostatniego gongu. Washington też w pewnym momencie mnie trafił i kiedy zauważyłem, że mam rozcięcie, zdecydowałem się narzucić straszne tempo. Myślałem tylko o tym, że moja partnerka Justyna jest w ciąży i że pewnie się teraz o mnie martwi podwójnie, więc muszę to po prostu skończyć walkę jak najszybciej.

- stwierdził.

Wiele razy mówiło się, że Kownacki ma szansę być kolejnym Polakiem, który powalczy o mistrzowski pas wagi ciężkiej...

Ale teraz koniec z ociąganiem się. Razem z Keithem czujemy, że mój czas nadszedł. Pokonaliśmy tylu ciężkich i to w innym stylu. Ze Szpilką, Kiladze i Washingtonem skończyło się przed czasem. Z Martinem biliśmy się do końca, ale on był naprawdę w świetnej formie i miał sobie oraz innym dużo do udowodnienia. W każdym z tych pojedynków musiałem pokazać się z jak najlepszej strony, więc teraz uważam, że w pełni zasłużyłem na szansę i nie mogę się doczekać, kiedy to nastąpi. Ale czujności i pokory nie stracę. Moją dewizą jest i zawsze będzie ciężka praca. Nabrałem pewności siebie, ale głowa mi się nie zagrzeje.

- kończy.