"Miszmasz, czyli kogel mogel 3": sentyment to nie wszystko. RECENZJA

„Miszmasz czyli Kogel Mogel 3” / fot. M. Gostkiewicz/mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl

Kontakt z autorem

  

Powiedzieć, że kręcenie kolejnej części filmowego klasyku trzydzieści lat po premierze wcześniejszych odcinków jest ryzykiem, to nic nie powiedzieć. Nie inaczej jest w przypadku serii "Kogel mogel", której to bohaterowie na stałe zagościli w sercach polskich widzów. Czy twórcy filmu "Miszmasz, czyli kogiel mogiel 3" podołali zadaniu?

Kto z nas nie zna słów "Marian, tu jest jakby luksusowo", kto nie kibicował Kasi w jej walce z niesfornym Piotrusiem i osobliwym małżeństwem profesora Wolańskiego i jego zakręconej żony, kto wreszcie, choćby z sentymentu, nie kojarzy Katarzyny Łaniewskiej w roli załamującej ręce matki biadolącej: "Oj, córciu, córciu, już Ty długo panienką nie będziesz..."? Trzy dekady później, za sprawą reżysera Konrada Piwowarskiego i opracowującej scenariusz Ilony Łepkowskiej, bohaterowie "Kogla mogla" wracają do gry. Widać wyraźnie, że ząb czasu nadgryzł nawet tych aktorów, którzy starzeć się nie mieli nigdy, a nici łączące odcinki sprzed 30 lat z czasami aktualnymi są trudne do uzyskania i bazują raczej na sentymencie. 

To oczywiście nie miało prawa się udać. "Miszmasz czyli kogel mogel 3" to film, w którym absurd goni absurd. Denne historyjki w stylu odurzonej holenderską marihuaną pary starszych sąsiadów, którzy rozjeżdżają traktorem wóz policyjny to naprawdę tylko rozgrzewka (niestety, przeciągająca się w pierwszej części produkcji). Wspomniany wcześniej Piotruś wyrasta na rozpieszczonego bawidamka, który tkwi w związku z wyraźnie starszą od siebie kobietą, Kasia od 15 lat jest rozwódką, topiącą smutki w codziennej pracy jako dyrektorka szkoły, a małżonka prof. Wolańskiego pisze książkę o tym, jak szukać punktu G... Wymieniać można długo - niezmienna jest tylko niezmordowana Łaniewska, niestrudzenie podająca na zmianę rosół i żurek swoim gościom. Wisienką na tym kuriozalnym torcie jest pojawiający się Zenek Martyniuk, przy którego "Oczach zielonych" w dopiero co otwartej dyskotece dogasają spory i kłótnie, a kwitną miłość, zgoda i wzajemne zrozumienie. 

Nic się tutaj nie zgadza, bo zgodzić się nie może. Humor bazuje na sytuacyjnych, wyświechtanych gagach, które już trzy dekady temu trąciły myszką (- Piłeś. - Nie piłem. - To powiedz Gibraltar. - Piłem.), a dziś wywołują tylko ciarki dyskomfortu w kinowym fotelu. Scenariusz jest po prostu głupiutki, oparty na prostych, a czasem i prostackich skojarzeniach i stereotypach, dialogi w większości toporne i z mozołem pociągające jako tako skleconą fabułę do przodu. W pewnym momencie twórcy mrugają nawet politycznym okiem, dworując sobie z Donalda Tuska i czasu "dobrej zmiany" - ale nawet to jest nieśmieszne, krępujące, niepasujące do układanki. Jakoś tam broni się rola i wątek Aleksandry Hamkało, ale to i tak raczej historie rodem z "M jak Miłość" niż choćby potencjalnie pełnokrwiste filmowe opowieści.

Skąd więc pełne sale w kinach w całym Polsce i prawdopodobny sukces finansowy i frekwencyjny całego przedsięwzięcia? Z sentymentu, który każe sprawdzić, co stało się z bohaterami, których losami - chcąc nie chcąc, z powodu regularnie ponawianych powtórek - żyliśmy ostatnie trzy dekady. Z trzecią częścią "Kogla mogla" jest jak z rozmową na spotkaniu w dawnym liceum trzydzieści lat od matury. Czujemy, że tu już nie pasujemy, często nie znajdujemy wspólnego języka z ludźmi, jakich znaliśmy i lubiliśmy w dawnych, kompletnie innych czasach, połowy znajomych w ogóle nie rozpoznajemy, część nie żyje, ale mimo wszystko coś jednak każe nam przyjść na bal i powspominać co bardziej pamiętne draki i przygody z szatni. Miłośnicy serii "Kogel mogel" dostają więc zaproszenie na takie spotkanie, którego podsumowaniem jest nowa odsłona przeboju "Szukaj mnie..." Edyty Geppert - tym razem w wykonaniu Ani Rusowicz i Sławka Uniatowskiego. I to właśnie do tych widzów, którzy chcą na 90 minut zanurzyć się w filmowym sentymencie skierowana jest ta produkcja, pozostali niemiłosiernie się wynudzą i stracą półtorej godziny z życia. 

Ocena: 4/10

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Starogard Gdański upamiętnił „Inkę”

/ wikipedia.org/Domena publiczna

  

W Starogardzie Gdańskim odbyły się uroczystości odsłonięcia w kościele pod wezwaniem św. Katarzyny tablicy pamiątkowej Danuty Siedzikówny ”Inki”, sanitariuszki 5. Wileńskiej Brygady AK rozstrzelanej w 1946 roku przez komunistyczne władze.

Wydarzenia w kościele zostały poprzedzone uroczystościami odbywającymi się w honorowej asyście wojska na placu przed starogardzkim ratuszem. W czasie uroczystości został odczytany apel pamięci zakończony salwą honorową. Następnie obecni przed ratuszem udali się w pochodzie do kościoła pw. św. Katarzyny, gdzie odbyła się msza św. w intencji ojczyzny. Po jej zakończeniu została w kościele odsłonięta tablica pamiątkowa ”Inki” z wbudowanym w nią srebrnym sercem. ”Serce dla >>Inki<<” jest darem starogardzian upamiętniającym rocznicę wykonania na niej wyroku śmierci. W uroczystości wzięli udział m. in. członkowie rodziny "Inki", posłowie Kazimierz Smoliński i Jan Kilian, senator Antoni Szymański, przedstawiciele wojewody i samorządu.

Danuta Siedzikówna urodziła się 3 września 1928 r. w Guszczewinie, na skraju Puszczy Białowieskiej. Mając zaledwie 15 lat, Danuta razem z siostrą Wiesławą złożyła w grudniu 1943 r. przysięgę i wstąpiła do AK. Następnie odbyła szkolenie sanitarne. Po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1944 r. podjęła pracę kancelistki w nadleśnictwie Hajnówka.

W czerwcu 1945 r. wraz z innymi pracownikami nadleśnictwa została aresztowana przez grupę NKWD-UB za współpracę z antykomunistycznym podziemiem. Z konwoju uwolnił ją patrol wileńskiej AK Stanisława Wołoncieja, "Konusa", podkomendnego mjr. Zygmunta Szendzielarza, "Łupaszki". W oddziale "Konusa", a potem w szwadronach por. Jana Mazura, "Piasta", i por. Mariana Plucińskiego, "Mścisława", pełniła funkcję sanitariuszki. Przez krótki czas jej przełożonym był por. Leon Beynar, "Nowina", zastępca mjr. "Łupaszki", znany później jako historyk i publicysta Paweł Jasienica.

Na przełomie 1945 i 1946 r., zaopatrzona w dokumenty na nazwisko Danuta Obuchowicz, podjęła pracę w nadleśnictwie Miłomłyn w pow. Ostróda. Wczesną wiosną 1946 r. nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą, "Żelaznym", dowódcą jednego ze szwadronów "Łupaszki". Do lipca 1946 r. służyła w tym szwadronie jako łączniczka i sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciwko NKWD i UB. W czerwcu 1946 r. została wysłana do Gdańska po zaopatrzenie medyczne dla szwadronu. 20 lipca 1946 r. została aresztowana przez funkcjonariuszy UB i osadzona w więzieniu w Gdańsku.

Po ciężkim śledztwie 3 sierpnia 1946 r. została skazana na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku.

W akcie oskarżenia znalazły się zarzuty udziału w związku zbrojnym, mającym na celu obalenie siłą władzy ludowej oraz mordowania milicjantów i żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zarzucono jej m.in. nakłanianie do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu "Żelaznego" w Tulicach pod Sztumem.

W grypsie przesłanym z więzienia Siedzikówna napisała: "Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba". Zdanie to - według historyków - nie tylko odnosi się do przebiegu śledztwa, lecz także do odmowy podpisania przez "Inkę" prośby o ułaskawienie. Prośbę taką do prezydenta Bolesława Bieruta skierował za nią jej obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

Danutę Siedzikównę zabił 28 sierpnia 1946 r. o godz. 6.15 strzałem w głowę dowódca plutonu egzekucyjnego z KBW. Wcześniejsza egzekucja z udziałem żołnierzy nie udała się. Żaden nie chciał zabić "Inki", choć strzelali z odległości trzech kroków. Według relacji obecnego w czasie egzekucji księdza Mariana Prusaka "Inka" krzyknęła przed śmiercią: "Niech żyje Polska".

Prokurator Wacław Krzyżanowski, który dla 17-letniej dziewczyny zażądał kary śmierci, był oskarżany przez Instytut Pamięci Narodowej o udział w zbrodniach komunistycznych, został jednak uniewinniony przez sąd

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl