Muzyk, dziennikarz, fotografik, a także… kierowca rajdowy. Zdradzi Pan sekret, który pozwala łączyć tak wiele funkcji na raz?

Proszę mi wierzyć, że sam się od lat gubię w tych moich zawodach. Zaczynałem jako perkusista. Równocześnie jeździłem (zresztą do dziś to robię) na rajdy i wyścigi. W domu mam 88 pucharów i tyle razy byłem na podium. Koncerty, nagrania, festiwale. Równocześnie pisałem reportaże do prasy. Do tego jeszcze często fotografowałem i miałem kilka wystaw fotografii. W ubiegłym roku ZAiKS (Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych - przyp. red.) wydał mój album „Foto Jazz”. Jeszcze śpiewam i piszę felietony o motoryzacji. Jak widać nie mam czasu na nudę. Nie mam też sekretu. Po prostu tak mi się życie układa…

Tylko pozazdrościć. A jak Pan, jako doświadczony twórca, ocenia dzisiejszy rynek fonograficzny? Jakiej rady udzieliłby Pan młodym muzykom?

Trudne pytanie. Czasy i technika pogalopowały do przodu. 60 lat temu żeby nagrać płytę, trzeba było mieć już jakieś osiągnięcia, a nawet być znanym wykonawcą. Dziś, w czasach kiedy „każdy śpiewać może, trochę lepiej lub gorzej” i kiedy technika usunie każdy błąd, każdy nieczysty dźwięk, jest dużo łatwiej. Młodym ludziom nie brak talentu i wspaniałych czasem głosów. Z nagraniem nie ma problemu. Kłopot tylko, żeby nagrać coś wartościowego muzycznie i tekstowo, bo media zawalone są bylejakością. Młodzi, powinni słuchać dawnych, pięknych piosenek, a jest w czym wybierać.

Porozmawiajmy przez chwilę o Pana korzeniach. Jest Pan rodowitym wilnianinem, choć opuścił Pan to miasto jako zaledwie kilkulatek. Czy wracał Pan na Litwę już jako dorosły człowiek?

Tak, na początku lat siedemdziesiątych pojechaliśmy z rodzicami na kilkudniową wycieczkę do Wilna. Chcieliśmy odwiedzić te miejsca, w których przed wojną i w czasie wojny moi rodzice mieszkali i pracowali. Mnie interesowało także zobaczenie miasta, w którym się urodziłem na ulicy Mickiewicza. W naszym mieszkaniu w Wilnie, mieści się teraz jedno z ministerstw litewskiego rządu. Pojechaliśmy także do Kolonii Wileńskiej zobaczyć dom, w którym mieszkaliśmy. Zwiedziliśmy gmach teatru, w którym mama, aktorka, grała w wielu sztukach. Rodzice byli bardzo wzruszeni, gdy chodzili po uliczkach Wilna. Wspominali różne zdarzenia ze swojej młodości. Jednym z ważnych miejsc był Cmentarz na Rosie. Na tym cmentarzu, w 1938 roku, została pochowana moja babcia Bronisława Motyczyńska. Położenie kwiatów i zapalenie lampki na jej grobie, było bardzo ważne dla mojej mamy.

Jakie ma Pan plany na 2019 rok? Czy jest szansa, że do grona znanych i kochanych hitów pokroju „Zielono mi” lub „Do zakochania jeden krok” dołączą nowe piosenki, w których będziemy mogli Pana usłyszeć?

W tym nowym roku chciałbym dużo mniej pracować. Mieć więcej czasu dla siebie. Nie będzie to łatwe, bo już miałem dwie propozycje na koncerty z których zrezygnowałem. Powiedziałem, że do wiosny nie ruszam się z domu. Napisałem ładną melodię i teraz Jacek Cygan pisze do niej tekst. Trzeba będzie to nagrać. Dalej piszę motoryzacyjne felietony. Podróży dalekich już nie planuję. Plany jak widać są. Żeby tylko zdrowie dopisało, to pewnie plany się spełnią, czego życzę również czytelnikom „Magazynu Kuriera Wileńskiego”!


Wywiad z Andrzejem Dąbrowskim ukazał się w "Kurierze Wileńskim Magazynie" z 19 stycznia 2019 r. Publikujemy go dzięki uprzejmości magazynu.