Komentatorzy krytykują sam traktat i wskazują poważne różnice w interesach i postawach Berlina i Paryża. Nie najlepiej to wróży - twierdzą - zapowiedzianemu przez oboje liderów "rozruszaniu Europy francusko-niemieckim motorem".

Były deputowany, prawicowy gaullista Christian Vanneste skrytykował „traktat akwizgrański”, przywołując ten, jaki 56 lat wcześniej podpisali założyciel V Republiki i kanclerz RFN Konrad Adenauer. „Generał De Gaulle wybrał pojednanie francusko-niemieckie, by Francja znów mogła odgrywać pierwszoplanową rolę na światowej scenie” – napisał polityk na portalu Boulevard Voltaire.

Już wtedy jednak Bundestag ratyfikację traktatu poprzedził protokołem przypominającym wszystko, co de Gaulle pragnął odrzucić: "przynależność do NATO, stowarzyszenie z USA i wejście Wielkiej Brytanii do Wspólnoty Europejskiej” – wyliczał były deputowany.

Po czym uznał, że „pogłębienie współpracy z perspektywą nieprawdopodobnego połączenia można traktować jako niezbyt ważny zamiar ułatwienia wymiany handlowej i harmonizacji przepisów”.

Może to być jednak zapowiedź bardzo niewyraźnego projektu, który wywoła niechęć i sprzeciw innych krajów europejskich, z którymi się nie liczy 

– ostrzega.

Według Vanneste’a w traktacie podpisanym w Akwizgranie „Francja ofiarowuje Niemcom swe atuty oraz pozbawia się suwerenności i wpływów na rzecz kraju, który niczego nie daje jej w zamian i którego dążenia nie muszą być takie same”.

W debacie radiowej politolog Pierre Hillard sugerował, że „odprzemysłowiona Francja będzie musiała się nagiąć do norm sąsiada zza Renu, który posiada wszelkie struktury do promowania potęgi 'made in Germany'”.

Nie odnosząc się do fantastycznych plotek o sprzedaniu Niemcom Alzacji i Lotaryngii, politolog twierdził, że euroregiony to twór „wymyślony przez niemieckie u podstaw stowarzyszenie przygranicznych regionów europejskich, którego proklamowanym celem jest zniszczenie granic państwowych”. A to dlatego - tłumaczył - że „granica państwowa, gdy staje się czysto administracyjna, oznacza koniec suwerenności państwowej”.

O poważnej nieufności wobec francusko-niemieckiego traktatu świadczą krytyczne opinie o sformułowaniach tego porozumienia, w którym Paryż zapewnia, że będzie starał się o przyznanie Berlinowi stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Bezpośrednią przyczyną tego braku zaufania jest październikowa deklaracja socjaldemokratycznego wicekanclerza i ministra finansów Niemiec Olafa Scholza, który, podejmując ideę wyrażoną wcześniej przez kanclerz Merkel, wezwał Francję, aby na rzecz UE zrezygnowała ze swego stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Komentator rozgłośni Sud Radio Yves de Kerdrel uznał za „nieużyteczny, powierzchowny, a nawet niebezpieczny” zapis traktatu stwierdzający, że „priorytetem dyplomacji francusko-niemieckiej jest przyjęcie RFN do Rady Bezpieczeństwa jako jej stałego członka”.

Jak mówił, „Rada Bezpieczeństwa jest sanktuarium historii i nic nie ma wspólnego z wielkością gospodarki (jej państw członkowskich). (…) Składa się z tych (krajów), które w 1945 r. zwyciężyli hitleryzm. (…) W dobie brexitu, bezpardonowej walki z islamizmem i emancypacji wobec imperium amerykańskiego, które nas porzuca, mamy inne, prawdziwe priorytety”.

Podobne zastrzeżenia wyrażał w tygodniku „Marianne” były socjalistyczny minister Jean-Pierre Chevenement. Wyliczył on „jednostronne” posunięcia Berlina, a wśród nich „otwarcie Unii Europejskiej na zalew uchodźców” oraz „zmuszenie do przyjęcia w traktacie lizbońskim zasadniczych postanowień odrzuconego przez Francuzów w referendum projektu konstytucji europejskiej”.

Wyrażając podejrzenie, że „Niemcom nie odpowiada równość z Francją”, były minister przypomniał zdanie Thomasa Manna: „Lepiej, żeby Niemcy były europejskie, niż żeby Europa była niemiecka”.

Prof. Christophe Bouillaud z Instytutu Studiów Politycznych w Grenoble zwrócił uwagę, że dla Francji najważniejszy jest basen Morza Śródziemnego i Afryka, „która Niemców nie interesuje, bo patrzą na wschód”. Jego zdaniem „partnerstwo dwóch państw jest coraz bardziej wzmacniane instytucjonalnie, ale nie towarzyszy temu zbliżenie obu społeczeństw”.

Bouillard podkreśla brak zainteresowania wśród Francuzów niemiecką kulturą i tym również tłumaczy spowodowane brakiem znajomości języka niemieckiego trudności z korzystaniem z różnych stypendiów.

„Jeżeli fantazmat o przekazaniu Alzacji (Niemcom) odbił się w społeczeństwie tak dużym echem, to znaczy, że wśród Francuzów panuje pewien niepokój. Biorąc to wszystko pod uwagę, wątpię w możliwość (stworzenia) 'francusko-niemieckiego motoru Europy'”

– kończy.