Opera Mariusza Trelińskiego w nowojorskiej Met

Mariusz Treliński / fot. YouTube/Opera Wrocławska

  

W nowej realizacji wyostrzyłem napięcia między głównymi bohaterami - powiedział Polskiej Agencji Prasowej reżyser, dyrektor artystyczny Teatru Wielkiego - Opery Narodowej Mariusz Treliński. W czwartek w Metropolitan Opera w Nowym Jorku odbędzie się premiera jego nowej realizacji "Jolanta/Zamek Sinobrodego".

24 stycznia w Metropolitan Opera w Nowym Jorku odbędzie się premiera "Jolanty" Piotra Czajkowskiego i "Zamku Sinobrodego" Beli Bartoka - w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Wcześniej spektakl złożony z tych oper Treliński zrealizował w 2013 r. w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie, a w Met dwa lata później. Reżyser w rozmowie z Polską Agencją Prasową, przypomniał, że wówczas "prasa uznała tę premierę za jedno z 10 najważniejszych wydarzeń roku". Dyrektor nowojorskiej opery Peter Gelb chciał, aby tegoroczna wersja była całkowicie nową produkcją i dlatego obsada jest w całości zmieniona. Poprzednio występowali m.in. Anna Netrebko, Piotr Beczała oraz Nadja Michael. Tym razem zaśpiewają m.in. Sonya Yoncheva, Matthew Polenzani, Gerald Finley i Angela Denoke.

Treliński podkreślił, że w nowej realizacji "wyostrzył napięcia i psychologię".

Wyraźniej poprowadziłem relację między Jolantą a jej ojcem i między Judytą a Sinobrodym. Było to możliwe dzięki wokalistom, którzy są bardzo silnymi osobowościami

- wyjaśnił. Powiedział, że kiedy pierwszy raz reżyserował "Zamek Sinobrodego", inspirował się kreacją Anthony'ego Hopkinsa w filmie "Milczenie owiec".

Szukałem bardzo chłodnej postaci, angielskiego dżentelmena, który z jednej strony ma w sobie wyrafinowanie i kulturę, a z drugiej strony jest niebezpieczny i groźny. To zestawienie ma swój rewers w popkulturze, brutalny morderca, który w domu słucha Bacha z analogowej płyty

 - dodał.

Odtwórca głównej roli Gerald Finley jest takim właśnie wyrafinowanym, angielskim dżentelmenem, z zewnątrz bardzo stonowanym i skrytym, w którym wszystko się dzieje podskórnie. Jego osobowość zawładnęła sceną i to jest moim zdaniem najciekawsza i najpełniejsza z realizacji "Sinobrodego"

- wyjaśnił reżyser.

Sonya Yoncheva to dzisiaj jeden z najwybitniejszych sopranów świata. Została obsadzona w roli Jolanty, poza operą występuje również w filmach fabularnych. Zdaniem Trelińskiego "praca z nią jest fascynująca, ponieważ w swój śpiew potrafi wpleść płacz lub śmiech, nie bojąc się wyrazistej reinterpretacji muzycznej. Niewielu solistów ma podobną odwagę, obawiając się, że muzyka wtedy nie jest czysta. Nowa generacja śpiewaków bardzo odważnie wykorzystuje takie połączenie, co nadaje ich interpretacjom rys prawdy" - mówił.

Reżyser zwrócił uwagę, że teatry operowe w USA przeżywają obecnie kryzys - publiczność odwraca się od opery. Met również boryka się z tym problemem. Mimo że spektakle mają świetne recenzje i doskonałe obsady, w sali zasiada 70-80 proc. widzów. Dlatego w Met starają się wracać do największych hitów i stąd nowy "Zamek Sinobrodego". Treliński upatruje sposobu na kryzys we "współczesnym, energetycznym języku filmowym, w którym silne, wyraziste obrazy pozwalają wciągnąć widza w głąb opowieści".

Zestawienie muzyki Czajkowskiego i Bartoka jest dużym wyzwaniem. W przedstawieniu wykonuję więc silną woltę stylistyczną. Zaczynam od "Jolanty" - opery, która jest dość naiwna, baśniowa i subtelna, po to żeby w "Zamku Sinobrodego" pokazać mroczną otchłań, prawdziwą traumatyczną relację, filmowy montaż, język naszych czasów, ciągłe atakowanie obrazem. W trakcie godzinnej drugiej części spektaklu następuje dziesięć zmian dekoracji, co w operze jest bardzo rzadkie

- wyjaśnił.

Zarówno "Jolanta" jak i "Zamek Sinobrodego" opowiadają o sytuacji kobiety poddanej silnej dominacji mężczyzny.

Baśniowa, metaforyczna opowieść Czajkowskiego, jeśli spojrzeć na nią głębiej, opowiada historię ojcowskiego nadużycia, historię ojca który kochał za bardzo - na tyle silnie, że odgrodził córkę od świata, zamknął w więzieniu, tylko dla siebie

 - mówił Treliński.

Dyrektor artystyczny warszawskiego Teatru Wielkiego - Opery Narodowej opowiadał, że "łącząc te dwa dzieła, zastosował zabieg, który sprawił, że główne bohaterki - Jolanta i Judyta - stają się tą samą kobietą. Kiedy kończy się "Jolanta", na scenie pojawia się Judyta. Wygląda podobnie, mamy tylko wrażenie upływu czasu. Zaczyna się nowa opowieść, w której Judyta puka do domu Sinobrodego. Widzimy, że jest to historia kobiety, która po wielu latach, będąc dorosłą osobą, wraca do traumy dzieciństwa - raz jeszcze trafia do mężczyzny, który jest silnie dominujący, jeszcze raz wchodzi w jarzmo niewoli

 - wyjaśnił. Zdaniem Trelińskiego połączenie owych dwóch dzieł tworzy "drastyczną opowieść, o tym, że nie możemy wyzwolić się od piętna młodości i dobrowolnie powracamy do pułapki, z której już - właśnie w tamtym czasie - już się wyzwoliliśmy".

Spektakl powstał w koprodukcji Metropolitan Opera z Teatrem Wielkim - Operą Narodową. Premiera odbędzie się 24 stycznia w Metropolitan Opera, kolejne spektakle: 28 stycznia, 1,4,9,14 lutego. Za scenografię odpowiada Boris Kudlicka, kostiumy zaprojektował Marek Adamski, choreografię ułożył Tomasz Jan Wygoda. W przedstawieniu wystąpią m.in. Sonya Yoncheva jako Jolanta, Matthew Polenzani jako hrabia Vaudemont, Gerald Finley jako Sinobrody i Angela Denoke w roli Judyty. 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Dorota Kania UJAWNIA: Nowe tropy ws. śmierci Emila Barchańskiego

Emil Barchański / arch. IPN

  

W najnowszym odcinku programu „Koniec systemu” Dorota Kania wróciła do sprawy śmierci Emila Barchańskiego, w której pojawiły się zupełnie nowe tropy. Prowadzą one do Departamentu I czyli komunistycznego wywiadu. W prowadzonym przez IPN śledztwie został przesłuchany Aleksander Makowski, funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, który w czasach PRL zajmował się inwigilacją m.in. księdza Franciszka Blachnickiego oraz papieża Jana Pawła II.

Emil Barchański (rocznik 1965) 13 grudnia 1981 roku – po wprowadzeniu stanu wojennego – zaczął prowadzić działalność konspiracyjną w grupie „Piłsudczycy”. 10 lutego 1982 roku wziął udział wraz z Markiem Marciniakiem i Arturem Nieszczerzewiczem w akcji przeciwko pomnikowi Feliksa Dzierżyńskiego. 3 marca 1982 roku został zatrzymany przez SB w drukarni drugiego obiegu podczas druku publikacji Adama Michnika „Będę krzyczał”. Po aresztowaniu był bity i zmuszany do składania fałszywych zeznań. W dniu 17 czerwca 1982 roku miał być wyznaczony kolejny termin rozprawy Tomasza Sokolewicza i Marka Marciniaka, w którym Emil miał zeznawać jako świadek. Na jednej z wcześniejszych rozpraw zeznał: „Ci panowie, kiedy biją, nie przedstawiają się, ale jestem gotów w każdej chwili ich rozpoznać”. Brał udział w manifestacjach patriotycznych 3, 9 i 13 maja 1982 roku. 3 czerwca 1982 roku pojechał na plażę nad Wisłą, gdzie zaginął, a jego ciało odnaleziono dopiero 5 czerwca. Śledztwo w sprawie jego śmierci pierwszy raz umorzono w 1982 roku; kolejny – w latach 90. Sprawą zajął się w 2006 roku pion śledczy IPN – po upływie wielu lat i braku pełnej dokumentacji można jedynie wskazać najbardziej prawdopodobną hipotezę.
 [polecam:https://niezalezna.pl/275356-dorota-kania-ujawnia-dlaczego-zginal-emil-barchanski]

Emil Barchański został aresztowany w stanie wojennym 3 marca 1982 w związku z „profanacją” pomnika Feliksa Dzierżyńskiego – miesiąc wcześniej kilku młodych ludzi (w tym Emil) oblali „Krwawego Feliksa” łatwopalną cieczą i podpalili.
 
W 82 roku byłem działaczem Polskiej Niezależnej Organizacji Młodzieżowej i my zaczęliśmy w grudniu 82 roku wydawać gazetkę pod tytułem "Młodzież" i oczywiście interesowała nas młodzież walcząca i jedną z informacji, która dotarła do nas z Warszawy było zamordowanie Emila Barchańskiego. Chłopak był aresztowany i odpowiadał w sądzie. W sądzie powiedział, że był torturowany, na co sąd zareagował w ten sposób, że w takim razie odracza rozprawę, ale w tej sprawie następnej Emil będzie odpowiadał z wolnej stopy, czyli, że po tej rozprawie został zwolniony do domu. No i okazało się, że tak jakby został zwolniony do domu po to, żeby nie dożył następnej rozprawy, bo nie dożył. Wyłowili go z Wisły.
- wspomina Artur Adamski, opozycjonista, działacz Solidarności Walczącej.

W najnowszym odcinku programu Doroty Kani zwrócono uwagę, że do aresztu, oprócz Emila Barchańskiego trafił także jego kolega, Tomasz Sokolewicz. Jego ojciec, Wojciech Sokolewicz był wówczas znanym prawnikiem, kierownikiem zespołu prawa konstytucyjnego Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk. Był również kontaktem operacyjnym Departamentu I MSW ps. „Wacław”, a jego oficerem prowadzącym w tym czasie był... Aleksander Makowski.

Po aresztowaniu syna Wojciech Sokolewicz spotkał się z Makowskim, który posługiwał się nazwiskiem Stępiński i poprosił go o ustalenia w sprawie zatrzymania syna.
 
W wydziale dochodzeniowo-śledczym komendy stołecznej pojawił się funkcjonariusz pierwszego departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z pytaniem o bieg tej sprawy i o konsekwencje, jakie grożą przywódcy tej części warszawskiej organizacji, która dokonała profanacji pomnika Dzierżyńskiego. Z relacji kierownictwa tego wydziału wskazywano, że jest on szefem tej organizacji i na pewno z odpowiedzialności karnej z tej sprawy się nie wywinie. Z tych rozmów zostały sporządzone przez funkcjonariusza wywiadu notatki i te notatki o których wspomniałem zostały ujawnione w aktach kontaktu operacyjnego o pseudonimie „Wacław”.
- mówi prokurator Mariusz Rębacz, IPN.
 
Przebieg samego procesu wspomina również mama Emila Barchańskiego:

17 maja w trakcie procesu sądowego jego kolegów Tomka Sokolewicza i Marka Marciniaka. Bohatersko na sprawie sądowej tychże kolegów powiedział do sędziego, że bardzo był bity i zmuszany do fałszywych zeznań. Wówczas pani prokurator młoda blondyneczka wyskoczyła strasznie zdenerwowana i powiedziała "będziesz pięć lat siedział za fałszywe zeznania" a sędzia, młody człowiek spokojnie z uśmiechem na ustach zapytał "a czy mógłbyś powiedzieć, jak ci panowie się nazywali". Emil odpowiedział dowcipnie "ci panowie, jak biją to się nie przedstawiają, ale na pewno bym ich rozpoznał, gdyby mi pokazali tych panów. W każdej chwili, do końca życia, zapamiętam ich twarze.
- wspominała Krystyna Barchańska, mama Emila.
 
Na istotny wątek zwraca uwagę opozycjonistka, działaczka NSZ Kinga Hałacińska.

Po tym jak Emil Barchański wyszedł z aresztu, obiecał swojej mamie, że już więcej polityką zajmować się nie będzie. Miał kłopot z łaciną, miał kłopot z przysposobieniem obronnym, obiecał mamie, że się będzie uczył. Powodem dla którego bardzo często spędzał czas ze swoim sąsiadem Hubertem była nauka i to, że obaj mieli psy. W związku z czym obaj młodzi ludzie bardzo często chodzili razem na spacery. Wydaje się, że osoba, która została podstawiona państwu Barchańskim była bardzo świadomie przemyślana przez Służbę Bezpieczeństwa. Chłopak był młody, posiadał podobne zainteresowania jak Emil, posiadał żonę, dziecko, był wiarygodny.
- mówi Hałacińska.
 
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, Telewizja Republika

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl