Dialog powinien wreszcie zastąpić strzelanie z coraz cięższych armat, bo w przeciwnym razie może dojść do poważnego rozłamu.

Dostaję wiele listów z prośbą o ustosunkowanie się do sprawy ks. dr hab. Piotra Natanka, mojego młodszego kolegi z czasów studiów teologicznych. Swoje opinie w tej sprawie wyraziłem już w dwóch felietonach opublikowanych w „Gazecie Polskiej”, a także w kilku wywiadach udzielonych różnym tygodnikom i stacjom telewizyjnym oraz w wywiadzie rzece, który przeprowadził ze mną red. Tomasz Terlikowski, a który pt. „Chodzi mi tylko o prawdę” został w tych dniach wydany w formie książkowej przez Frondę. Dodam, że w publikacji tej opisuję także konflikt, który nastąpił pomiędzy małopolską prowincją zakonu jezuitów a innym propagatorem idei intronizacyjnej, ks. Tadeuszem Kiersztynem. Nawiasem mówiąc, tego duchownego też znam osobiście, bo przez wiele lat współpracowaliśmy w ramach opieki duszpasterskiej nad osobami niepełnosprawnymi. Spory wokół działań obu duchownych wciąż narastają, więc spełniając prośby Czytelników, odpowiadam po raz kolejny. Najpierw zaznaczę wyraźnie, aby nie było żadnych wątpliwości, że nie podzielam wielu poglądów ks. Natanka. Bronię go jednak dlatego, że mam wiele zastrzeżeń do metod, jakimi kuria krakowska próbuje ten problem rozwiązać. Metody te, niezwykle drastyczne, prowadzą bowiem do zaognienia konfliktu, a co za tym idzie, do odejścia części wiernych z Kościoła katolickiego. A powstanie nowego odłamu, przed czym ostrzegałem w ubiegłorocznych felietonach, jest już chyba tylko kwestią czasu.

Najbardziej w tym wszystkim dziwi mnie fakt, że radykalizm zastosowany wobec obu krakowskich duchownych ma się nijak do pobłażania, jakie kuria stosuje wobec kontrowersyjnych wypowiedzi innych swoich podwładnych, zwłaszcza wobec bp. Tadeusz Pieronka i ks. Kazimierza Sowy.

Prawdopodobnie wynika to z tego, że za gorliwymi, choć zbuntowanymi zwolennikami intronizacji Chrystusa na Króla Polski nie opowiadają się żadne środowiska polityczne i medialne. Natomiast za bp. Pieronkiem, który swojego czasu porzucił powierzoną mu przez Jana Pawła II diecezję sosnowiecką, murem stoją wpływowe osoby ze środowiska „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego” oraz nieboszczyki Unii Demokratycznej. Z kolei za dyrektorem TV Religia stoi koncern medialny, dla którego ów tak gorliwie pracuje, i politycy PO, z którymi łączą go kumpelskie układy. Zresztą on sam o tych układach mówi otwarcie. Stoi za nim także pewien wpływowy polski hierarcha, który wyciągał go z wielu opresji. Wspomnę tutaj choćby aferę ze zniszczeniem katolickiego radia Plus. Osobną stroną tego pobłażania jest brak reakcji na działalność „cyngli w koloratkach”, czyli hałaśliwych, choć na szczęście – nielicznych duchownych produkujących się na łamach ww. „Gazety Wyborczej”, szargającej jak się tylko da wartości chrześcijańskie. Czyżby owi duchowni nie rozumieli, że ich sutanny czy habity są tylko listkiem figowym dla ludzi nieżyczliwych Kościołowi? A jak tego nie rozumieją, to czemu ich przełożeni im tego nie wytłumaczą?

Powracając do idei intronizacji, trzeba zaznaczyć, że w czasie ostatniej konferencji Episkopat Polski jednoznacznie jej się przeciwstawił. Co więcej, zapowiedział, że dokona dokładnej ewidencji grup, które tak w kraju, jak i w środowiskach polonijnych odwołują się do idei intronizacyjnych. W rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną przewodniczący Komisji Nauki Wiary, bp Andrzej Czaja z Opola, powiedział: „Dotychczasowe rozpoznanie pokazuje, że oprócz nurtów, z którymi nie można prowadzić dialogu ze względu na uporczywość trwania przy swoim – chodzi tu o ks. Tadeusza Kiersztyna i ks. Piotra Natanka – mamy trzy, które wymagają otwarcia się na nie i podjęcia duszpasterskiej troski”. Do nich hierarcha zaliczył Ruch Intronizacji Serca Jezusowego, prowadzony przez redemptorystę o. Jana Mikruta z Radia Maryja, oraz Rycerstwo Jezusa Chrystusa Króla i krąg będący dziedzictwem działania wśród Polonii owych suspendowanych duchownych. Równocześnie zaznaczył, że w środowiskach tych nie wszyscy jednak (głównie w Chicago i Niemczech) są skłonni do współpracy z Episkopatem. Z kolei rzecznik ks. Józef Kloch dał do zrozumienia, że następnym krokiem będzie ekskomunikowanie ks. Natanka. Do czego to wszystko doprowadzi? Czy nie lepiej byłoby, aby dialog zastąpił strzelanie do siebie z coraz cięższych armat?

Na koniec chciałbym pożegnać śp. Romana Hantowicza, który odszedł 12 bm. Urodził się 81 lat temu we Lwowie, ale od czasów wojny związany był z Krakowem. Z zawodu inżynier, ale z zamiłowania humanista i miłośnik poezji. Przy tym gorący patriota. W 1980 r. został członkiem Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność”, za co był więziony w stanie wojennym. Pełnił też funkcję wiceprzewodniczącego społecznego Komitetu Opieki nad Miejscami Zbrodni Komunizmu. Obdarzony pięknym i donośnym głosem był recytatorem na różnego rodzaju uroczystościach patriotycznych. Wraz z żoną założył przy ul. św. Tomasza unikalny prywatny salon artystyczny, któremu nadał imię innego lwowiaka, pisarza Mariana Hemara oraz Mieczysława Kotlarczyka, dyrektora Teatru Rapsodycznego. Sam inicjował wiele przedsięwzięć literackich. W ostatnim czasie nagrał na potrzeby audiobooku całą moją książkę „Przemilczane ludobójstwo na Kresach”. Recytował też moje wiersze.

Żegnaj, drogi panie Romanie! Pozostaniesz w pamięci wielu osób.