Jeszcze przed niedzielnym finałem pojawiały się zapowiedzi, że akcja o kontrowersyjnej nazwie "spal radnego" będzie "gwoździem" imprezy odbywającej się przy lubuskiej filharmonii. Zarówno licytacja, jaki i sama akcja, przerodziła się w niemałe widowisko.

"Na scenie stanęło sześciu śmiałków, gotowych spotkać się z płomieniami w szczytnym celu. To Filip Gryko, Rafał Kasza, Paweł Wysocki, Marcin Pabierowski, Robert Górski i Grzegorz Hryniewicz"

- pisze na swoich stronach zielonogórska "Gazeta Wyborcza".

Licytację "spalenia radnego" wygrał wicemarszałek lubuski, Łukasz Porycki, dając "na stół" 3300 złotych. Spektakl trwał dalej, a w rolę główną wcieliła się żona marszałka Poryckiego, która do akcji wskazała radnych Roberta Górskiego i Marcina Pabierowskiego.

Radnych ubrano w ognioodporne kombinezony i wyposażono w aparaty powietrzne, a Porycka - podłożyła ogień.

"Przez chwilę płomienie szalały między radnymi-astronautami. Nie było nic widać, śmierdziało. Chmura ognia tańczyła, tak jak zawiał wiatr. Widzowie, którzy liczyli na emocjonujący show, przy każdym „buchnięciu” ognia rozbiegali się w popłochu. Sytuacja wyglądała dość niebezpiecznie, choć strażacy zapewniali, że wszystko jest pod kontrolą"

- opisuje sytuację zielonogórska "Wyborcza".

Organizatorzy twierdzą, że to była licytacja z przymrużeniem oka. I liczy się to, że wszystko służyło zbiórce pieniędzy na dzieci. 

Pomysłodawcą licytacji "spalenia radnego" był Paweł Wysocki, wiceprzewodniczący rady miasta Zielona Góra i szef sztabu WOŚP w tym mieście. Wskazuje, że od lat na finały WOŚP organizuje podobne licytacje, jak ta z niedzieli. 

- My, jako grupa radnych w sztabie WOŚP, robimy co roku jakąś jajcarską licytację. Wcześniej były akcje „rzuć tortem w radnego” czy „pociągnij radnego za sznurki” – gdzie można nas było na sznurku wciągnąć do lodowatej wody. Była też akcja „olej radnego”, podczas której można było radnych polewać wodą z węża strażackiego. W tym roku wymyśliliśmy niefortunnie „podpal radnego” ale to nie było formalne podpalenie człowieka, bo radni mieli kombinezony ognioodporne

– mówił w rozmowie z portalem niezalezna.pl wiceszef rady Zielonej Góry.

- Byłem pomysłodawcą tej licytacji. Nawet podczas niej było wiele śmiechu, Było to naprawdę jajcarskie

– mówił.

Zastrzegł, że sztab WOŚP nie otrzymał informacji, o tym co chwilę wcześniej stało się w Gdańsku.

- Nie wiedzieliśmy, co się tam stało. Myśmy robili tę licytację po „światełku do nieba”. Ludzie się śmiali, były duże emocje. Podchodzimy do siebie z dystansem. To nie było nawoływanie do nienawiści. Ale w związku z tym, do czego doszło w Gdańsku, w przyszłości nie będziemy już robić akcji pod takimi nazwami

– mówił wiceprzewodniczący rady miasta Paweł Wysocki.

- Jakby nie było tragedii w Gdańsku, to by pewnie ani słowo krytyki się nie pojawiło

- stwierdził.