Berliński dziennik "Der Tagespiegel" podał, że w 450-stronnicowym raporcie BfV zaklasyfikowano Alternatywę dla Niemiec jako "sprawę do śledzenia". Gazeta podkreśliła zarazem, że ugrupowanie nie jest objęte "pełnym nadzorem".

Szef BfV Thomas Haldenwang przyznał, że jego urząd rzeczywiście planuje badanie publicznych wypowiedzi członków Alternatywy dla Niemiec oraz powiązań tej partii z "radykalnymi" grupami. Wskazał, że to ugrupowanie bagatelizuje rolę niemieckich nazistów, a niektórzy z jego członków mogą sięgać po "rewolucyjne" środki, by osiągnąć swoje cele polityczne.

Przewodniczący Alternatywy dla Niemiec Alexander Gauland stwierdził, że działania niemieckiego kontrwywiadu są umotywowane politycznie. "Uznajemy decyzję BfV za błędną" - powiedział.

Do sprawy odniósł się również szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas z socjaldemokratycznej SPD. "Każdy, kto dyskryminuje ludzi na podstawie ich pochodzenia, jest rasistą i nacjonalistą. Część (działań) AfD to sprawa dla wewnętrznego wywiadu" - napisał na Twitterze w odniesieniu do raportu BfV.

Nowy szef BfV Haldenwang zapowiedział w grudniowym wywiadzie dla socjalliberalnej "Sueddeutsche Zeitung" intensyfikację działań przeciw prawicowemu ekstremizmowi. Jego zdaniem zjawisko to przyjmuje w Niemczech nową jakość.

Haldenwang w listopadzie 2018 r. zastąpił na stanowisku szefa BfV Hansa-Georga Maassena. Ten ostatni został odesłany w stan spoczynku po długich sporach w koalicji rządowej w konsekwencji kontrowersyjnych wypowiedzi na temat wydarzeń w Chemnitz. Zdaniem Maassena w mieście nie dochodziło do "polowań" na migrantów, jak podawały media głównego nurtu. Były już szef BfV uznał, że była to celowa dezinformacja rozpropagowana przez środowiska lewackie, żeby odwrócić uwagę od morderstwa Niemca.

Nowy szef BfV, który był wcześniej zastępcą Maassena, zapowiadał rozbudowanie wydziału zajmującego się prawicowym ekstremizmem o połowę. Obecnie pracuje w nim ok. 200 osób.