Pod koniec grudnia "Gazeta Wyborcza" donosiła o dwóch współpracownicach prezesa NBP Adama Glapińskiego - szefowej departamentu komunikacji i promocji Martynie Wojciechowskiej oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamili Sukiennik. 

Na wczorajszej porannej konferencji prasowej, zastępca dyrektora departamentu kadr w NBP Ewa Raczko mówiła, że "żaden z dyrektorów w NBP nie otrzymuje powszechnie i nieprawdziwie podawanego w mediach miesięcznego wynagrodzenia w wysokości ok. 65 tys. zł bądź wyższej". Dodała, że środki na wynagrodzenia w NBP stanowią część ogółu środków NBP i nie pochodzą z budżetu państwa. Oświadczyła, że nie poda miesięcznego wynagrodzenia z PIT-u dyrektor Wojciechowskiej, "bo nie przygotowane jest w oświadczeniu". "Pewne granice prezentowania informacji są".

Na pewno nie zarabia - powtórzyć mogę - rewelacyjnych 65 tys. zł miesięcznie

- dodała.

Wszystko wskazuje na to, że spekulacje wokół zarobków w NBP zostaną wkrótce przecięte. Beata Mazurek poinformowała, że PiS przedstawi projekt ustawy, która wprowadzi jawność wysokości wynagrodzeń w Narodowym Banku Polskim zarówno obecnego zarządu, jak i poprzednich. Ustali ona również górną granicę zarobków osób zajmujących funkcję kierownicze w NBP.

W rozmowie z dziennikarzami wicemarszałek Sejmu i szef Klubu Parlamentarnego PiS Ryszard Terlecki poinformował, że zostaną ujawnione wynagrodzenia wszystkich pracowników.

Jak tylko uchwalimy ustawę, będziemy to chcieli zrobić jak najszybciej

- dodał.