Dowódca Powstania Wielkopolskiego: napiszcie na moim pomniku „Nienawidzili go wrogowie Polski”

/ unknown-anonymous [Public domain or Public domain], via Wikimedia Commons

  

„Wszelkie zakusy rusyfikatorskie i germanizatorskie rozbijały się o zasady wpajane w nasze dusze i serca przez polskie kobiety: nasze matki, siostry, nauczycielki. Polka okazywała się silniejszą od Bismarcka i Pobiedonoscewa wraz z całym ich aparatem państwowym i olbrzymimi środkami wynaradawiania… Byliśmy niejako jakby narzędziem w ręku kobiety, która moralną swą siłę czerpała z wiary w sprawiedliwość dziejową i z nauki Kościoła” – pisał dowódca Powstania Wielkopolskiego generał Józef Dowbor-Muśnicki. W setną rocznicę powstania jego sylwetkę kreśli dla portalu Niezależna.pl poznaniak Piotr Lisiewicz.

Tuż przed swoją śmiercią w październiku 1937 generał Józef Dowbor-Muśnicki zostawił córce Janinie Lewandowskiej wskazania co do swojego pogrzebu: „żadnych wieńców, żadnych honorów wojskowych! A jeśli mi w przyszłości wzniosą pomnik, to obowiązkowo z sentencją: NIENAWIDZILI GO WROGOWIE POLSKI. To moja ostatnia wola”.

W Poznaniu właśnie zlikwidowano ulicę jego córki

Dzieciom zostawił też testament: „Moje dzieci winny pamiętać, że są Polakami, że pochodzą ze starej rodziny szlacheckiej o pięciowiekowej nieskazitelnej przeszłości i że ojciec ich dołożył wszelkich swych możliwości dla wskrzeszenia Polski w jej byłej chwale i potędze. Ma zatem prawo żądać od swego potomstwa, by nazwiska naszego niczym nie splamiło”.

Nie wiedział w jak tragicznych okolicznościach wierności temu testamentowi dochowają dwie jego córki. Lotniczka Janina zginęła w Katyniu, zaś Agnieszka, żołnierz AK, zamordowana została przez Niemców.

Pomnika Dowbora-Muśnickiego nie ma w Poznaniu do dziś, bo zbyt wielu byłby nie na rękę. Stanął jedynie w podpoznańskim Lusowie, koło Muzeum Powstańców Wielkopolskich jego imienia. Ulicę jego córki Janiny Lewandowskiej właśnie zlikwidowano, by przywrócić pamięć o wkroczeniu do Poznania… sowieckich wojsk 23 lutego 1945. Na wniosek władz samorządowych taką decyzję podjął NSA. Są tylko murale kibiców Lecha Poznań z jego podobizną…

Tymczasem zasługi Dowbora dla polskości Wielkopolski są nie do przecenienia i streszczają się w stwierdzeniu faktu: to on ze zbuntowanych powstańców zrobił regularną armię. Patriotyzm Wielkopolan był dla niego zaledwie punktem wyjścia, tworzywem, mogącym służyć zbudowaniu podstaw pod zwycięstwo. Nie na darmo twierdził: „Żądać od wojskowego przede wszystkim patriotyzmu jest samym, co żądać od konia by miał cztery nogi. Nie znaczy to jednak, że każdy koń nadaje się na wyścigowca”. Ale zacznijmy od początku…

„W naszym rodzie nie było donosicieli”

Nie chyba w polskiej historii postaci będącej mocniejszym dowodem, jak wielka jest siła i atrakcyjność polskości.  Generał lejtnant carskiej armii Józef Dowbor-Muśnicki był jednym z kilku Polaków, którzy zaszli najwyżej w rosyjskim wojsku. Jako 14-latek trafił do korpusu kadetów w Petersburgu i przez 36 lat pozostawał daleko od rodaków.

Ale siła polskości przerosła wyobrażenia rusyfikatorów. Dowbor mógł nawet przekręcać polskie wyrazy, ale pozostał gorącym patriotą, któremu – jako dowódcy Powstania Wielkopolskiego – Poznańskie zawdzięczało przynależność do ojczyzny. 

Jak było to możliwe? Zacznijmy od dzieciństwa. Córki generała jako dziewczynki nie mogły uwierzyć, że ich ojciec miał w szkole obniżone sprawowanie. – Biłem się. Biłem się z ruskimi kolegami, kiedy wyśmiewali się z tego, że jestem Polakiem. Z kształtu krzyża katolickiego, z religii – tłumaczył im. – A nauczyciele? Trzeba było...– Rosyjscy nauczyciele też polskie dzieci prześladowali. Poza tym... Czy to honorowo skarżyć się na kolegów? W naszym rodzie nie było donosicieli, tylko prawi Polacy – rozmawiał z córką Janiną.

„Polaczyszka” bije kolegów

Dlatego wychowawcy orzekli, że ma zostać wzięty w karby, bo nie można dać sobie z nim rady  i trafił do Korpusu Kadetów w Petersburgu. Już wtedy okazję do mówienia polsku miewał tylko w soboty, gdy bywał w domach polskich. Jak podkreślał, polskość zachował także dzięki matce, a także pannie Teresie Zakrzewskiej, wilniance, nauczycielce języka francuskiego. To dzięki jej inteligencji nauczył się, jak sobie radzić z rosyjską propagandą.

„Udzielała mi praktycznych rad i wskazówek, jak mam się zachować w obcym i wrogim środowisku. Sama będąc patriotką, troskliwie zwracała uwagę na bardzo dobrze zamaskowane dążenia rusyfikatorskie rządu. Wychowawcy zalecali nam lekturę pisarzy, którzy tendencyjnie zohydzali wszystko, co polskie. Panna Zakrzewska, w sposób umiejętny, potrafiła zawsze przeciwstawić każdemu autorowi rosyjskiemu któregoś z naszych pisarzy tak, iż podczas wszelkiego rodzaju pochwalnych wykładów o Rosji doskonale orientowałem się, gdzie kończy się prawda, a gdzie zaczyna się kłamstwo” – stwierdzał dodając, że gdyby nie ona, mógłby się wynarodowić.

Niechęć Rosjan odczuwał na każdym kroku. Jednak jego prześladowania skończyły się po „rzetelnej bójce z kolegami”, powstałej z tego powodu, że ktoś nazwał go „polaczyszką”. Dzięki wygranej w niej zyskał więcej szacunku.

300 tysięcy żołnierzy, 50 tysięcy mundurów, przy warsztatach kobiety i dzieci

Jaka była rola Dowbora-Muśnickiego w Powstaniu Wielkopolskim i dlaczego do dziś pozostaje dla wielu niewygodny? Generał nie pochodził z Wielkopolski, lecz z Garbowa koło Sandomierza, którego właścicielem był jego ojciec, wywodził się z litewskiego rodu Dowborów (Daubor).Decyzja o powierzeniu mu dowództwa Powstania Wielkopolskiego przez Naczelną Radę Ludową w Poznaniu i Józefa Piłsudskiego nie była łatwa, bo wywodził się on z zupełnie  innego świata niż Marszałek i dogadywali się słabo, jednak okazała się strzałem w dziesiątkę.

Dowbor-Muśnicki, dla którego fundamentem była dyscyplina, okazał się lepiej dogadywać z poznaniakami, niż mieszkańcami innych dzielnic. To on – mając olbrzymie doświadczenie z carskiej armii – zrobił ze zbuntowanych wielkopolan w rekordowym czasie regularną armię, co wywołało niekłamany podziw także u niemieckich dowódców. Powstańcy zarządzili pobór i powołanie regularnej armii. W armaty armia ta „zaopatrzyła się” kosztem Niemców.

Generał w książce „Moje wspomnienia” podziwiał to, jak szybko cywile z Wielkopolski zbudowali regularne wojsko: „Przy niespełna półtora miliona ludności polskiej obojga płci wzięto do szeregów czynnych, regularnych wszystkie młode roczniki (od osiemnastu do dwudziestu ośmiu lat), a do Straży Ludowej wszystkich zdolnych do noszenia broni (w wieku od dwudziestu dziewięciu do czterdziestu dwóch lat). Przy warsztatach pracy pozostali tylko ludzie starsi i ułomni; na nich spadł obowiązek utrzymania zmobilizowanych, około trzystu tysięcy żołnierzy, to jest na każdego żołnierza pracowały cztery osoby, włączając w to kobiety i dzieci”.

Dumą Dowbora stała się powołana przez niego błyskawicznie szkoła oficerska, rzecz jasna ze skróconym kursem, która pozwoliła mu uzupełnić niedobory pod tym względem wśród walczących. W ciągu paru tygodni udało się też umundurować 50 tys. ludzi. „Stało się to tylko dzięki poczuciu patriotyzmu rzemieślników. Pracowali dzień i noc i za to należy się im cześć!” – pisał z podziwem generał.

Polska wyspa na bolszewickim morzu

Oddzielnej i o wiele dłuższej opowieści domagałaby się historia dowodzonego przez Dowbora I Korpusu Polskiego w Rosji, powstałego po przewrocie bolszewickim w 1917 r. Korpus stworzony naprędce z byłych polskich żołnierzy carskiej armii, korzystając z porewolucyjnego chaosu zajął twierdzę w Bobrujsku. „Po prostu wierzyć nie chce się w to, jak militarnie słabi byli wtenczas bolszewicy, jeżeli garstka Polaków była w stanie sparaliżować ruchy dwóch armii, to jest niemniej niż ośmiu korpusów!” – pisał generał w książce „Moje wspomnienia”.

O, Bracia, znad Drui, Berezyny, Świsłoczy!
Powiedzcie szczerze w oczy,
Każdy kto z was pamięta,
Jak przyleciały Dowbora Orlęta

- pisał w młodzieńczym wierszu, zapewne inspirowanym „Panem Tadeuszem”, Florian Czarnyszewicz, autor powieści „Nadberezyńcy”. Polacy żyjący w okolicach Bobrujska na Białorusi polskie wojsko zobaczyli tam pierwszy raz od czasów dawnej I Rzeczpospolitej…
Na długą opowieść o wszystkim, co wydarzyło się za nim dowborczycy dotarli do Polski, a sam generał został dowódcą powstania nie ma tu miejsca, niemniej na jedną anegdotę starczyć go musi. Odzyskanie twierdzy Bobrujsk, w której się rozgościł się 30-tysięczny polski korpus stało się dla bolszewickiej dziczy nie małym problemem. Po wielu nieudanych próbach szturmu zorganizowali swoje duże siły w pobliskich Osipowiczach. Dysponowały one silną artylerią.

Ich wygrana z Polakami wydawała się pewna. Ale Dowbor-Muśnicki wysłał swoich ludzi w przebraniu, by przedostali się na tyły bolszewickie i wysadzili dwa mosty, psując potrzebne bolszewikom szlaki komunikacyjne oraz wzbudzając wśród motłochu panikę. Dowborowi udało się też nawiązać tajny kontakt z walczącym z przymusu po wrogiej stronie dywizjonem górali kaukaskich. Ich dowódcę znał świetnie z czasów służby w rosyjskiej armii. „Był to góral, prosty człowiek, który nie mógł zrozumieć tego, co się Rosji dzieje i dlaczego aresztowano lub pozabijano generałów” – wspominał.

Góral zgodził się zawiązać z nim tajne porozumienie. „Umówiłem się, że wyślę na spotkanie dwa szwadrony ułanów, które mają rozpocząć strzelaninę w powietrze” – pisał generał. W odpowiedzi dowódca górali miał wycofać się „w panice”, lamentując, że oto nacierają ogromne i okrutne polskie wojska.

Dysproporcja sił pomiędzy zwycięzcami i przegranymi była szokująca: po polskiej stronie walczyło 600 ludzi mających do dyspozycji… jedną armatę. Udało im się zdobyć… 60 armat i przegonić dwie dywizje bolszewików!

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Tragiczny bilans: 290 zabitych, 500 rannych. Ale liczba ofiar zamachów może wzrosnąć!

/ / Twiter/ siostrysfb

  

Do 290 wzrósł bilans zabitych podczas ataków bombowych na kościoły i hotele na Sri Lance w Wielką Niedzielę. Liczba rannych sięga 500 – podał rzecznik policji Ruwan Gunasekera. Zatrzymano jak dotąd 24 osoby. Żadna organizacja nie przyznała się do zamachów.

Rzecznik policji zaznaczył, że bilans nie jest ostateczny. Władze przyjmują, że w atakach zginęło ok. 37 cudzoziemców, ale tylko w jedenastu przypadkach udało się zidentyfikować ofiary. Niektóre z ciał są tak dalece zmasakrowane, że ustalenie tożsamości może zająć sporo czasu.

Tym należy tłumaczyć zwłokę w ogłaszaniu narodowości ofiar.

Poprzedni bilans ofiar, podany przez policję, mówił o co najmniej 215 ofiarach śmiertelnych i 450 rannych. Jednocześnie zastrzegano, że ze względu na ciężki stan części poszkodowanych osób ostateczna liczba zabitych może jeszcze wzrosnąć.

Policja poinformowała wieczorem w niedzielę, że dotarła do furgonetki, którą podejrzani prawdopodobnie przyjechali do Kolombo oraz kryjówki, w której się ukrywali.

W poniedziałek źródła policyjne podały, że na drodze prowadzącej na międzynarodowe lotnisko w Kolombo znaleziono bombę domowej roboty. Została ona zneutralizowana przez saperów. Lotnisko funkcjonuje bez zakłóceń.

Agencja Reutera podała, że policja wszczęła dochodzenie w sprawie niedopełnienia procedur i błędów służby wywiadu, co umożliwiło ataki bombowe w 9 miejscach jednocześnie - w kościołach i w luksusowych hotelach.

Błędy popełnione przez służbę bezpieczeństwa zostały zasygnalizowane przez co najmniej dwóch ministrów. Szef resortu telekomunikacji Harin Fernando napisał w niedzielę na Twitterze:

"Niektórzy oficerowie wywiadu wiedzieli o przygotowywanych atakach, ale ich ostrzeżenia dotarły z opóźnieniem. Muszą być podjęte specjalne kroki wyjaśniające, dlaczego te ostrzeżenia zignorowano".

Z kolei minister integracji narodowej, języków oficjalnych i hinduizmu - Mano Geneshan podał, że agenci bezpieczeństwa pracujący na rzecz jego resortu "wiedzieli o zamachu".

Premier Ranil Wickremesinghe w telewizyjnym wystąpieniu powiedział, że według wstępnych ustaleń wszyscy aresztowani pochodzą ze Sri Lanki. Krajowy wywiad sygnalizował, że może dojść do zamachów i obecnie trwa sprawdzanie, dlaczego nie podjęto odpowiednich działań, by do nich nie dopuścić - dodał.

Wiceminister obrony Ruwan Wijewardene przekazał, że większość z eksplozji to samobójcze ataki terrorystyczne. Na razie nikt nie przyznał się do ich przeprowadzenia, ale zdaniem wiceministra winę ponoszą religijni ekstremiści.

Do pierwszych sześciu eksplozji doszło rano w przeciągu 30 minut w trzech kościołach w Kolombo i dwóch innych miastach - Negombo i Batticaloa oraz w trzech luksusowych hotelach w Kolombo. Siódmy wybuch miał miejsce w niewielkim pensjonacie na przedmieściach Kolombo, a ósmy nastąpił w dzielnicy mieszkalnej Dematagoda, również na obrzeżach stolicy. Dziewiąty miał być przeprowadzony na lotnisku, ale się nie powiódł.

Były to największe ataki w tym azjatyckim kraju od zakończenia wojny domowej w 2009 roku.

Według danych z 2012 roku ok. 70 proc. mieszkańców Sri Lanki to buddyści, 12,6 proc. hinduiści, 9,7 proc. - muzułmanie, a chrześcijanie - 7,6 proc.

Wspólnota katolicka liczy 1,2 mln osób.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl