"W tej chwili warunki na dole uniemożliwiają poszukiwania. Tam wciąż jest atmosfera, która grozi wybuchem. Nie możemy tam posłać ratowników. To zbyt ryzykowne. Mamy stuprocentową pewność, że poszkodowani nie żyją. 12 osób. Po nich idziemy. Po każdego z nich, ale oni już nie żyją. Pracujemy, by ratownicy byli bezpieczni i zrobimy wszystko, by górników wydostać"

– powiedział Jaroslav Provazek.

W akcji na dole pracuje 65 ratowników czeskich i 13 polskich z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu. "Robimy tamy przeciwwybuchowe. Transportujemy materiał, który jest do tego potrzebny. Stawiamy cztery tamy. Dostarczamy też azot, aby obniżyć poziom tlenu i ugasić ogień" – powiedział Provazek.

W piątek przyszedł do kopalni polski górnik Grzegorz Wierzbicki. Ze łzami o oczach mówił, że w tragedii zginęli jego koledzy ze zmiany.

"To byli moi koledzy, byłem przodowym tej zmiany. Gdyby nie to, że jestem na chorobowym, byłbym z nimi na dole. Stwierdzono u mnie chorobę zawodową – pylicę. Załatwiam rentę i dlatego nie byłem na dole. To jak utracić braci. Przyszedłem tu z potrzeby serca, by oddać im hołd"

– powiedział.

Wierzbicki, który jest górnikiem od 22 lat, z trwogą opowiada o wybuchu metanu, który doprowadził do tragedii w czeskiej kopalni. "Każdy wie, co to jest wybuch. Na powierzchni się on rozejdzie, ale tam są korytarze. One są jak lufa. Siła zmiata wszystko, co jest na drodze. Po wybuchu powstaje wysoka temperatura. Nawet gdyby ktoś przeżył, to się udusi. Lutnie, które doprowadzają powietrze, są zdemolowane" – mówił.

Do katastrofy górniczej doszło wczoraj o godz. 17.16. Górnicy znajdowali się 800 metrów pod ziemią. Zginęło 13 osób, 12 Polaków i Czech. 10 osób odniosło rany, z czego trzech trafiło do szpitali. Stan jednego z nich jest krytyczny.