O wojnie w krakowskim muzeum

Siedziba Muzeum Etnograficznego / Christopher Walker [CC BY 2.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons

  

Prace, które prezentujemy nie stanowią stop klatek przywołujących wojenne przeżycia; niektórzy z autorów nie doświadczyli wojny, są spadkobiercami tej opowieści, tak jak my - powiedziała kuratorka ekspozycji "Widok zza bliska. Inne obrazy Zagłady" Roma Sendyka.

Na ekspozycję składają się rzeźby i obrazy prezentujące wojnę z bliskiej perspektywy, które o tragedii Holokaustu opowiadają także jako o uniwersalnym dramacie ludzkości. Wystawę prezentującą prace pochodzące z polskich i niemieckich publicznych kolekcji etnograficznych oraz zbiorów prywatnych, oglądać można od soboty w Domu Esterki - Muzeum Etnograficznym w Krakowie.

Artyści, których prace prezentujemy, w większości widzieli wojnę i mieli doświadczenia z nią związane, ale są też tacy, którzy urodzili się już po jej zakończeniu, więc są spadkobiercami tej opowieści, tak jak my dzisiaj. Ich prace nie stanowią stop klatek przywołujących wojenne przeżycia. Na pewno jednak każda z nich ma swoją biografię

- powiedziała kuratorka wystawy "Widok zza bliska. Inne obrazy Zagłady" Roma Sendyka.

Najstarszy z eksponatów to malowanka autorstwa Sławomira Kosiniaka, przedstawiająca pojmanie Żydów. Pochodząca z ok. 1948 r. praca została odnaleziona w archiwaliach Muzeum Etnograficznego. Z kolei najnowsza to "Jedwabne" Jana Kowalczyka, wykonana na zamówienie niemieckiego kolekcjonera w ub.r.

Wśród eksponatów znalazły się także rzeźby: "Hitlerowcy" Władysława Chajca, "Wspólna dola" Adama Zegadły, "Ostatni uścisk" Wacława Czerwińskiego, cykl "Auschwitz" Zygmunta Skrętowicza, "Gaz" Jana Staszaka, oraz "Deutsche Fabriken" Jana Wojtarowicza. Obejrzeć będzie można również obrazy Adama Czarneckiego - "Wygnanie Żydów z Pierzchnicy" i "Żydy do roboty".

Zdaniem Sendyki, wystawa ta może stać się elementem szerszej rozmowy o Holokauście, która wciąż się toczy, a my "dalej do końca nie wiemy, co wydarzyło się w czasie wojny". - Odsłaniają się coraz to nowe części tej opowieści - coraz bardziej drastyczne i szokujące - i ta sprawa nie jest zakończona. Nasze społeczeństwo między 1939 a 1945 rokiem przeżyło bardzo dramatyczny fragment swojej historii, i nie zdążyło o tym opowiedzieć swoim własnym językiem - powiedziała kuratorka wystawy.

Jak podkreśliła, na ekspozycję składa się materiał, który "pokazuje jedną z wielu możliwych dróg ponownego podjęcia tego tematu, i - być może - również wyjaśnienia". Zdaniem Sendyki, kluczowe jest uświadomienie odbiorcom, "jak niebezpieczne jest opowiedzenie w jednym zdaniu o tym, co tutaj zobaczą".

Składające się na wystawę prace sfotografował Wojciech Wilczyk. Podczas ekspozycji "Widok zza bliska. Inne obrazy Zagłady", wybrane zdjęcie Wilczyka będą prezentowane w serii "Powiększenia".

- Na wystawie można zobaczyć przeskalowane fotografie. Znajduje się na niej między innymi zdjęcie rzeźby Władysława Chajca, na którym - właśnie dzięki przeskalowaniu - możemy przyjrzeć się, jak wyglądają sprawcy i ofiary, jaki rodzaj ekspresji został tu zastosowany - powiedział Wilczyk.

Z kolei w innej pracy, autorstwa Józefa Piłata - jak zwrócił uwagę fotograf - postaci przedstawiono z dbałością o detal. Uwieczniona na nim kobieta "ma na głowie perukę, ewidentnie zrobioną z wełny, taką jak przed wojną niezamężne, ortodoksyjne Żydówki zakładały po zamążpójściu". "Autor włożył bardzo dużo wysiłku, aby osoby, które zapamiętał z własnego sąsiedztwa, przedstawić tak, że zostały rozpoznane przez mieszkańców wsi, w której mieszkał" - podkreślił Wilczyk. "Dzięki portretowaniu osób, które zostały zamordowane, przypominaniu sobie jak wyglądały, odnosimy się do konkretnej sytuacji, a nie jakoś symbolicznego przestawienia Zagłady" - ocenił.

Ekspozycja "Widok zza bliska. Inne obrazy Zagłady" czynna będzie do końca marca.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

„Legiony” – film z prawdziwie ułańską fantazją! „Produkcja to kilka lat intensywnej pracy”

zdjęcie ilustracyjne / twitter.com/gpcodziennie

  

- Nie sądziłem, że produkcja filmu „Legiony” to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku - mówi Maciej Pawlicki, producent i współscenarzysta filmu „Legiony” w rozmowie z Sylwią Kołodyńską.

Na ekrany polskich kin 20 września wchodzi wyczekiwana superprodukcja „Legiony”. Scena Bitwy pod Rokitną z pewnością przejdzie do historii polskiego kina. Co czułeś wtedy na planie filmowym?

Też tak myślę. Czułem to, co szarżujący aktorzy i kaskaderzy, bo przebrałem się w ułański mundur i dwukrotnie przejechałem w tej szarży z wzniesioną szablą, krzycząc "niech żyje Polska!". Naprawdę niesamowite przeżycie! A jako producent czułem po prostu radość, że udało się doprowadzić do realizacji tej sekwencji i widzowie wreszcie zobaczą czym była kiedyś legendarna, a dziś już przecież zapomniana szarża pod Rokitną. Wcale nie wariactwo i straceńczy gest, ale bardzo skuteczna militarna operacja. Szwadron Dunina-Wąsowicza i Topora-Kisielnickiego zdobył cztery linie silnie umocnionych okopów, zginęło 17 ułanów, w tym obaj dowódcy, ale Rosjanie wycofali się, strategiczne zyski były znaczne.

To prawda, że konie potrafiące wykonywać kaskaderskie wyczyny to bardzo drodzy… aktorzy?

Drodzy? Niespecjalnie. Koszty sprzętu, dekoracji, pirotechniki czy całej logistyki są większe. Ale rola koni rzeczywiście kluczowa. Kiedyś realizowało się filmy przewracając konie na tzw. podcinkę, tzn. do przednich nóg konia przywiązane były linki, które jeździec pociągał i koń się wywracał. Zwykle się udawało, ale czasem koń łamał nogę. Teraz wszystkie upadki, jakkolwiek wyglądają upiornie, są rodzajem wyćwiczonego baletu konia i kaskadera. Żadne zwierzę na planie nie ucierpiało.

Legioniści to „garstka dzieciaków kontra trzy imperia”. Brzmi dumnie, ale chyba nie jest łatwo pokazać to w kinie. Co przy realizacji sprawiało Wam największą trudność? 

Problemów było milion, ale praca nad tak dużym filmem oznacza pchanie się w bardzo trudne sytuacje. Wraz ze znakomitą ekipą zawodowców udało się wszystkie problemy rozwiązać, choć oczywiście czasem konieczny jest jakiś drobny kompromis z rzeczywistością. Ale innym razem powstają rzeczy znacznie piękniejsze niż planowaliśmy. Myślę też, że mieliśmy szczególną opiekę Opatrzności, realizując sekwencje pod Rokitną nie mieliśmy środków na resztę filmu, ryzyko było ogromne. A na niemal 50 dni zdjęć plenerowych, deszcz tylko raz pokrzyżował nam plany. Największa trudność? Nie było takiej.

A kiedy jako producent miałeś największą satysfakcję?

Ten czas dopiero, mam nadzieje, nadchodzi. Bo o satysfakcji producenta decyduje jakość filmu i to jak jest odbierany przez widzów. Kiedy autor idei by "Legiony" zrealizować, Adam Borowski, przyszedł do mnie z tym pomysłem, zapaliłem się od razu, choć nie sądziłem, że to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku. Wielką satysfakcją już jest dla mnie efekt pracy reżysera, Darka Gajewskiego. Gdy wpadłem na pomysł by właśnie jemu powierzyć reżyserie, wielu życzliwych próbowało mi to wybić z głowy: ze to świetny reżyser, ale kameralnych filmów, a tu trzeba sterować armią ludzi i spraw, szybko podejmować tysiące decyzji. Ale się uparłem i myślę ze to ja miałem rację.
Mój ulubiony tekst w filmie wypowiada Mirosław Baka grający polskiego oficera, który nakłaniany jest do wejścia w szeregi wojsk wroga. Gdy dostaje do założenia rosyjski mundur, odpowiada - „nie będzie pasował”.

Jest jakiś Twój ulubiony tekst w tym filmie?

Sporo dialogów jest mojego autorstwa (jestem współscenarzystą), ale ten fragment akurat nie. Mój ulubiony dialog to: "Miejsce urodzenia? Polska. - Nie ma takiego miejsca". Bo rzeczywiście nie było. I tak mogło pozostać. Gdyby nie Piłsudski, Kasprzycki, Sosnkowski, Dunin, Topór, Król-Kaszubski i tysiące innych chłopaków i dziewczyn (tak, także dziewczyn), którzy marzyli o własnym, polskim państwie, choć wielu Polakom pogodziło się z losem prowincji imperium i pragnienie polskości i wolnej Polski trzeba było w nich obudzić.

Wśród rekwizytów używanych na planie pojawiły się m.in. autentyczna lornetka rotmistrza Dunin-Wąsowicza, pistolet colt z czasów powstania styczniowego (dziś własność pisarza Waldemara Łysiaka), a także samochód Lorraine-Dietrich z 1913 roku – najstarsze jeżdżące auto w Polsce. Wykazaliście się iście ułańską fantazją.

Po prostu zatrudniliśmy najlepszych specjalistów, w tym także konsultantów historycznych. A amerykańskiego, westernowego colta z autentycznymi grawerowaniami z Matką Boską i nazwami bitew Powstania Styczniowego kupił gdzieś na internetowej aukcji Waldemar Łysiak, a jego syn, Tomasz, główny scenarzysta naszego filmu, wplótł ten niesamowity rekwizyt w fabułę opowieści. Obcowanie z takimi artefaktami daje poczucie pewnej misji. Oni walczyli, a my mamy obowiązek o tej ich walce opowiedzieć. Bo wartości, dla których ryzykowali życie i często je oddawali, są budulcem, najlepszym spoiwem naszej narodowej wspólnoty, siły naszego państwa i przyszłości naszych dzieci.

Takich scen batalistycznych w polskim kinie jeszcze nie było. Słyszałam, że duży nacisk kładliście na to, by było jak najwięcej realnych scen, jak najmniej efektów specjalnych. Słyszałam też takie porównanie, że zużyto przy produkcji tyle materiałów wybuchowych, że można by nimi wysadzić Pałac Kultury. Tak powiedział jeden z aktorów. Ciekawe porównanie (śmiech).

Dziękuję za te słowa, to praca wielu ludzi. Efektów specjalnych jest wiele, ale istotnie duża ich część odbyła się już na planie. Wybuchów mamy sporo, kilka armat, wśród nich strzelające oryginały sprzed stu lat. A Pałacu Stalina nie należy wysadzać, bo pyłu będzie za dużo. Trzeba go spokojnie, metodycznie rozmontować. Gdy będzie wola - to szybka i prosta operacja, która otworzy przed Warszawą możliwość zbudowania najpiękniejszego centrum na świecie. Dopóki monstrualny pomnik komunistycznego mordercy i satrapy wciąż góruje nad Warszawą, Polska nie jest w pełni wolna, bo to znaczy, że nadal pozostaje w nas część mentalności niewolników, którzy łańcuchy i kajdany uznają za fajną biżuterię. Robienie takich filmów jak "Legiony" - o wyrwaniu się spod moskiewskiej dominacji, rozumiem także jako stopniowe rozmontowywanie tych właśnie niewolniczych kompleksów, także jako stopniowy demontaż warszawskiego pomnika Stalina. By otworzyły się nowe możliwości.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Nowe Państwo, niezalezna.pl


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl