Dwa dzieła Wyspiańskiego wzbogaciły kolekcję Muzeum Narodowego w Krakowie

Obrazy Wyspiańskiego kupione do krakowskiego Muzeum Narodowego / Danuta Matloch/MKiDN

  

W 111. rocznicę śmierci wybitnego polskiego malarza Stanisława Wyspiańskiego, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wraz z Muzeum Narodowym w Krakowie zaprezentowało dwa wyjątkowe obrazy jego autorstwa, które już niebawem będzie można podziwiać w krakowskim Muzeum. „Autoportret” z 1897 roku i „Portret doktora Jana Raczyńskiego” z 1904 roku zostały zakupione dzięki dotacji MKiDN przez Muzeum Narodowe w Krakowie.

Prezentowany dziś portret będzie jednym z najważniejszych eksponatów wystawy „Wyspiański. Nieznany”, którą Muzeum Narodowe w Krakowie otworzy 15 stycznia 2019 roku, w 150. rocznicę urodzin artysty.

– powiedział wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Piotr Gliński.

W polskich zbiorach istnieje tylko 10 autoportretów Wyspiańskiego – ten jest jedenasty i piąty z wykonanych w technice pastelu. Co więcej, autoportret ten nigdy nie był pokazywany publicznie, dotychczas znaliśmy go tylko ze zdjęć. Można wręcz powiedzieć, że został cudownie odnaleziony.

– mówił dr hab. Andrzej Betlej, dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie.

„Autoportret”

Wyspiański własne portrety tworzył rzadko, powstawały w ważnych momentach jego życia i miały zawsze charakter symboliczny. Opowieściami o sobie są pierwsze autoportrety wykonane w szkicowniku w roku 1890, podczas podróży artysty po Europie, portret  z 1903 roku wybrany przez Wyspiańskiego i złożony w depozyt do Muzeum Narodowego w Krakowie z myślą o stworzeniu tu kolekcji swych najwartościowszych dzieł czy „młodopolski” portret małżeński z Teofilą. Taką „opowieścią o sobie” jest też bez wątpienia autoportret nabyty do zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Wizerunek ten powstał w roku 1897, który był  przełomowym czasem w twórczości malarza. W czasie tym powstały „Skarby Sezamu”, „Moczar” i „Zamki na lodzie”, wielkoformatowe pastelowe kompozycje, w których Wyspiański widział początek nowego, dojrzałego etapu w swej malarskiej twórczości. Obraz był w posiadaniu Ferdynanda Hoesicka (polskiego księgarza, wydawcy, pisarza, historyka literatury) prawdopodobnie już w roku 1902, posłużył bowiem za ilustrację tekstu poświęconego Wyspiańskiemu w dodatku „Życie i Sztuka” do czasopisma „Kraj”, wydanego w Petersburgu w styczniu 1902 roku. Po raz drugi zdjęcie tego pastelu reprodukuje Hoesick w tekście wspomnieniowym o Wyspiańskim, w kilka dni po śmierci artysty („Świat. Pismo Tygodniowe Ilustrowane” z 7 grudnia 1907 r., Kraków). Portret wzmiankowany był w literaturze po roku 1907 jedynie dwukrotnie: w monografii „Stanisław Wyspiański” autorstwa Heleny Blum w roku 1963 i w albumie „Świat Wyspiańskiego” Janusza Wałka w 1993 roku. Nie był pokazywany szerokiej publiczności na żadnej wystawie twórczości Stanisława Wyspiańskiego.

„Portret dr. Jana Raczyńskiego”

Sportretowany lekarz to pediatra Jan Rudolf Raczyński (1865-1918), mąż Marii, córki Stanisława i Elizy Pareńskich, wielkich admiratorów sztuki Stanisława Wyspiańskiego. Dobry znajomy zarówno samego artysty, jak i innych malarzy i poetów modernistycznych przełomu wieku w Krakowie. Wizerunek powstał w roku 1904, w którym Raczyński poślubił Marię. Jesienią i zimą tego roku Wyspiański niezwykle intensywnie pracował dla Elizy Pareńskiej, realizował m.in. projekt wystroju mieszkania dla jej córki Zofii, żony Tadeusza Żeleńskiego. Być może właśnie wtedy powstał również pastel z wizerunkiem Jana Rudolfa Raczyńskiego. Przedstawienie modela na tym obrazie jest charakterystyczne dla arcydzieł portretowych Wyspiańskiego: ujęcie postaci na neutralnym tle, pominięcie wszelkich akcesoriów nadających wizerunkowi charakter anegdotyczny, szkicowe potraktowanie sylwetki portretowanego z wyraźnym skoncentrowaniem na wyrazie jego twarzy, służące „przedstawieniu istoty portretowanej osobowości”. Portret doskonale wpisuje się w stworzoną w roku 1904 przez autora „Wesela” galerię pastelowych wizerunków osobistości świata kultury. W kolekcji Muzeum Narodowego w Krakowie znajdują się cztery podobne w kompozycji, a nawet rozmiarze, wizerunki literatów i lekarzy z tego czasu. Są to: „Portret Władysława Mickiewicza”, „Portret lekarza”, „Portret Wilhelma Feldmana” i „Portret Adama Chmiela”.

 

 

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: mkidn.gov.pl
Tagi

Wczytuję komentarze...

„Legiony” – film z prawdziwie ułańską fantazją! „Produkcja to kilka lat intensywnej pracy”

zdjęcie ilustracyjne / twitter.com/gpcodziennie

  

- Nie sądziłem, że produkcja filmu „Legiony” to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku - mówi Maciej Pawlicki, producent i współscenarzysta filmu „Legiony” w rozmowie z Sylwią Kołodyńską.

Na ekrany polskich kin 20 września wchodzi wyczekiwana superprodukcja „Legiony”. Scena Bitwy pod Rokitną z pewnością przejdzie do historii polskiego kina. Co czułeś wtedy na planie filmowym?

Też tak myślę. Czułem to, co szarżujący aktorzy i kaskaderzy, bo przebrałem się w ułański mundur i dwukrotnie przejechałem w tej szarży z wzniesioną szablą, krzycząc "niech żyje Polska!". Naprawdę niesamowite przeżycie! A jako producent czułem po prostu radość, że udało się doprowadzić do realizacji tej sekwencji i widzowie wreszcie zobaczą czym była kiedyś legendarna, a dziś już przecież zapomniana szarża pod Rokitną. Wcale nie wariactwo i straceńczy gest, ale bardzo skuteczna militarna operacja. Szwadron Dunina-Wąsowicza i Topora-Kisielnickiego zdobył cztery linie silnie umocnionych okopów, zginęło 17 ułanów, w tym obaj dowódcy, ale Rosjanie wycofali się, strategiczne zyski były znaczne.

To prawda, że konie potrafiące wykonywać kaskaderskie wyczyny to bardzo drodzy… aktorzy?

Drodzy? Niespecjalnie. Koszty sprzętu, dekoracji, pirotechniki czy całej logistyki są większe. Ale rola koni rzeczywiście kluczowa. Kiedyś realizowało się filmy przewracając konie na tzw. podcinkę, tzn. do przednich nóg konia przywiązane były linki, które jeździec pociągał i koń się wywracał. Zwykle się udawało, ale czasem koń łamał nogę. Teraz wszystkie upadki, jakkolwiek wyglądają upiornie, są rodzajem wyćwiczonego baletu konia i kaskadera. Żadne zwierzę na planie nie ucierpiało.

Legioniści to „garstka dzieciaków kontra trzy imperia”. Brzmi dumnie, ale chyba nie jest łatwo pokazać to w kinie. Co przy realizacji sprawiało Wam największą trudność? 

Problemów było milion, ale praca nad tak dużym filmem oznacza pchanie się w bardzo trudne sytuacje. Wraz ze znakomitą ekipą zawodowców udało się wszystkie problemy rozwiązać, choć oczywiście czasem konieczny jest jakiś drobny kompromis z rzeczywistością. Ale innym razem powstają rzeczy znacznie piękniejsze niż planowaliśmy. Myślę też, że mieliśmy szczególną opiekę Opatrzności, realizując sekwencje pod Rokitną nie mieliśmy środków na resztę filmu, ryzyko było ogromne. A na niemal 50 dni zdjęć plenerowych, deszcz tylko raz pokrzyżował nam plany. Największa trudność? Nie było takiej.

A kiedy jako producent miałeś największą satysfakcję?

Ten czas dopiero, mam nadzieje, nadchodzi. Bo o satysfakcji producenta decyduje jakość filmu i to jak jest odbierany przez widzów. Kiedy autor idei by "Legiony" zrealizować, Adam Borowski, przyszedł do mnie z tym pomysłem, zapaliłem się od razu, choć nie sądziłem, że to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku. Wielką satysfakcją już jest dla mnie efekt pracy reżysera, Darka Gajewskiego. Gdy wpadłem na pomysł by właśnie jemu powierzyć reżyserie, wielu życzliwych próbowało mi to wybić z głowy: ze to świetny reżyser, ale kameralnych filmów, a tu trzeba sterować armią ludzi i spraw, szybko podejmować tysiące decyzji. Ale się uparłem i myślę ze to ja miałem rację.
Mój ulubiony tekst w filmie wypowiada Mirosław Baka grający polskiego oficera, który nakłaniany jest do wejścia w szeregi wojsk wroga. Gdy dostaje do założenia rosyjski mundur, odpowiada - „nie będzie pasował”.

Jest jakiś Twój ulubiony tekst w tym filmie?

Sporo dialogów jest mojego autorstwa (jestem współscenarzystą), ale ten fragment akurat nie. Mój ulubiony dialog to: "Miejsce urodzenia? Polska. - Nie ma takiego miejsca". Bo rzeczywiście nie było. I tak mogło pozostać. Gdyby nie Piłsudski, Kasprzycki, Sosnkowski, Dunin, Topór, Król-Kaszubski i tysiące innych chłopaków i dziewczyn (tak, także dziewczyn), którzy marzyli o własnym, polskim państwie, choć wielu Polakom pogodziło się z losem prowincji imperium i pragnienie polskości i wolnej Polski trzeba było w nich obudzić.

Wśród rekwizytów używanych na planie pojawiły się m.in. autentyczna lornetka rotmistrza Dunin-Wąsowicza, pistolet colt z czasów powstania styczniowego (dziś własność pisarza Waldemara Łysiaka), a także samochód Lorraine-Dietrich z 1913 roku – najstarsze jeżdżące auto w Polsce. Wykazaliście się iście ułańską fantazją.

Po prostu zatrudniliśmy najlepszych specjalistów, w tym także konsultantów historycznych. A amerykańskiego, westernowego colta z autentycznymi grawerowaniami z Matką Boską i nazwami bitew Powstania Styczniowego kupił gdzieś na internetowej aukcji Waldemar Łysiak, a jego syn, Tomasz, główny scenarzysta naszego filmu, wplótł ten niesamowity rekwizyt w fabułę opowieści. Obcowanie z takimi artefaktami daje poczucie pewnej misji. Oni walczyli, a my mamy obowiązek o tej ich walce opowiedzieć. Bo wartości, dla których ryzykowali życie i często je oddawali, są budulcem, najlepszym spoiwem naszej narodowej wspólnoty, siły naszego państwa i przyszłości naszych dzieci.

Takich scen batalistycznych w polskim kinie jeszcze nie było. Słyszałam, że duży nacisk kładliście na to, by było jak najwięcej realnych scen, jak najmniej efektów specjalnych. Słyszałam też takie porównanie, że zużyto przy produkcji tyle materiałów wybuchowych, że można by nimi wysadzić Pałac Kultury. Tak powiedział jeden z aktorów. Ciekawe porównanie (śmiech).

Dziękuję za te słowa, to praca wielu ludzi. Efektów specjalnych jest wiele, ale istotnie duża ich część odbyła się już na planie. Wybuchów mamy sporo, kilka armat, wśród nich strzelające oryginały sprzed stu lat. A Pałacu Stalina nie należy wysadzać, bo pyłu będzie za dużo. Trzeba go spokojnie, metodycznie rozmontować. Gdy będzie wola - to szybka i prosta operacja, która otworzy przed Warszawą możliwość zbudowania najpiękniejszego centrum na świecie. Dopóki monstrualny pomnik komunistycznego mordercy i satrapy wciąż góruje nad Warszawą, Polska nie jest w pełni wolna, bo to znaczy, że nadal pozostaje w nas część mentalności niewolników, którzy łańcuchy i kajdany uznają za fajną biżuterię. Robienie takich filmów jak "Legiony" - o wyrwaniu się spod moskiewskiej dominacji, rozumiem także jako stopniowe rozmontowywanie tych właśnie niewolniczych kompleksów, także jako stopniowy demontaż warszawskiego pomnika Stalina. By otworzyły się nowe możliwości.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Nowe Państwo, niezalezna.pl


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl