Dostałeś SMS o wojskowej mobilizacji? UWAGA! To rosyjska prowokacja. Sprawą zajmuje się ABW

zdjęcie ilustracyjne / Michel_van_der_Vegt

  

W mediach krąży dziś niepokojąca wiadomość o rzekomych SMS-ach o mobilizacji rozsyłanych do mężczyzn w wieku 18-65 lat z terenów znajdujących się w pobliżu granicy z Ukrainą. Choć informacja wywołała niemałe zamieszanie, już teraz wiadomo, że jest to groźna prowokacja. Sprawę bada już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a na jaw wychodzą nowe fakty... Okazuje się, że wiadomości o podobnej treści rozsyłane są przez agenturę rosyjską również do obywateli Ukrainy!

W związku z ogromnym poruszeniem, jakie wywołały doniesienia o rzekomo rozsyłanych przez „Alert RCB” komunikatów, Rządowe Centrum Bezpieczeństwa zabrało głos i w oficjalnym komunikacie zdementowało te informacje. Stwierdzono wprost, że cała sprawa nosi znamiona akcji dezinformacyjnej.

Jak podawał portal InfoSecurity24, od nadawcy podpisanego jako „Alert RCB” miały zostać wysłane na komórki wiadomości tekstowe m.in. treści:

"Uwaga! Mężczyźni w wieku 18-65 lat zamieszkali na terenie gminy Dukla zobowiązani są do stawienia się na terenie urzędu gminy w dniu 27.11.2018 o godzinie 10.00 w związku z sytuacją kryzysową na Ukrainie. Proszę oczekiwać dalszych komunikatów".

Informacje o fałszywym alercie Rządowe Centrum Bezpieczeństwa otrzymało od mieszkańców gmin na wschodzie Polski.

Rządowe Centrum Bezpieczeństwa nie wysyłało Alertu RCB, dotyczącego zgłaszania się mężczyzn do urzędów gmin. Sprawą fałszywych SMS-ów zajmuje się już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Policja

- podało RCB na swojej stronie internetowej.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że podobne przypadki stwierdzono również na terenie Ukrainy. Tamtejszy resort obrony poinformował, że za rozsyłaniem tego typu wiadomości do mieszkańców regionów przygranicznych stoi Rosja.
 

Cała akcja nosi znamiona kampanii dezinformacyjnej, wchodzącej w skład rozwiązań znanych z doktryny wojny hybrydowej. Scenariusz do złudzenia przypomina wydarzenia, do których dochodziło tuż przed aneksją Krymu przez Rosję.

-  Rosyjska agresja na Ukrainę połączona z zuchwałą aneksją Krymu udowodniła – w przeciwieństwie do twierdzeń wielu telewizyjnych komentatorów i ekspertów, zapewniających, że czasy wojny dawno odeszły w zapomnienie i jako europejska wspólnota możemy czuć się bezpiecznie –  że obecnie w zasadzie każdy kraj bez wyjątku może zostać zaatakowany w sposób konwencjonalny, przy użyciu wojska na lądzie, morzu i w powietrzu. Był to jednak tylko przedsmak prawdziwego potencjału militarnego rosyjskiej armii. Odpowiedź na pytanie, co się stanie, gdy atak zostanie przeprowadzony w formie połączonego uderzenia sił specjalnych, kampanii informacyjnych i propagandowych oraz cyberataków poznaliśmy zatrważająco szybko. Rosja prowadząc ataki za pomocą różnych metod wprowadziła w życie doktrynę wojny hybrydowej. W jej ramach siły zbrojne są wykorzystywane w celu zwiększenia militarnej przewagi i możliwie najszybszego zajęcia terytorium wroga, przy prowadzonym równocześnie zmasowanym cyberataku, który paraliżuje możliwości obronne przeciwnika. Taki rodzaj działań wojennych bardzo dotkliwie odczuł półwysep krymski. Zaledwie rok po aneksji Krymu przez Rosję, tętniący życiem turystyczny kurort nad Morzem Czarnym zmienił się w odizolowany od świata zakątek

– przypomina dr Piotr Łuczuk, medioznawca i ekspert ds. Cyberbezpieczeństwa z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Scenariusz poszczególnych faz wojny hybrydowej opisał on w swojej książce „Cyberwojna. Wojna bez amunicji?” wydanej nakładem wydawnictwa Biały Kruk. Jak się okazuje, w obecnych działaniach strony rosyjskiej można doszukać się wielu analogii do rozwiązań hybrydowych, które mogliśmy obserwować  już w czasach Majdanu, a zwłaszcza aneksji Krymu.

„W początkowej fazie operacji ograniczono się jedynie do wojny informacyjnej i sporadycznych przypadków cyberataków. Kreml wykorzystując potencjał trollingu w internecie i prowadząc zakrojoną na szeroką skalę kampanię propagandową i dezinformacyjną, podsycał antyukraińskie nastroje i inicjował w większości miast na Krymie demonstracje o wyraźnie separatystycznym zabarwieniu. Gdy udało się zebrać pierwszych zwolenników „wspólnej sprawy” i zaszczepić w ich głowach koncepcję „wyzwolenia Krymu” spod Ukraińskiego panowania, rozpoczęła się faza druga uderzenia. Zaczęto formować regularne oddziały rebeliantów, mające usankcjonować zbrojne powstanie o charakterze separatystycznym, odwracając uwagę od jakichkolwiek rosyjskich implikacji. Tymczasem dziennikarskie śledztwo prowadzone w sprawie inwazji na Krym wykazało, że słynne „zielone ludziki”, jak o walczących tam bojownikach mówił ironizując sam Władimir Putin, to w sporej części oficerowie rosyjskiego GRU (wywiad wojskowy), a także sił desantowych Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Z kolei pod pretekstem powrotu Floty Czarnomorskiej z Soczi, na Krymie znalazły się również świetnie wyszkolone brygady Specnazu GRU z Stawropola wspierane przez spadochroniarzy z 31 brygady z Ulianowska. Gdy wszystkie pionki zostały rozstawione na szachownicy, rozpoczęła się kolejna, trzecia faza uderzenia.  Przy użyciu cyberataków, a także konwencjonalnego sabotażu, zakłócano skutecznie kanały łączności pomiędzy władzami w Kijowie, a dowódcami ukraińskiej armii, którzy zostali skierowani na wschód kraju w ramach operacji antyterrorystycznej. Rozpoczęła się regularna wojna, przez media określana jednak mianem „konfliktu zbrojnego” lub „starć”. Słowo wojna w medialnych relacjach padało i nadal pada zaskakująco rzadko”

- czytamy w książce dr. Piotra Łuczuka „Cyberwojna. Wojna bez amunicji?”.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP, Twitter

Tagi

Wczytuję komentarze...

Bruksela zachęca do przemytu ludzi?

/ FLICKR/ NOBORDER NETWORK/ CC BY 2.0

  

- Bruksela i niektóre zachodnie państwa Unii Europejskiej otwarcie wspierają przemyt ludzi – oświadczył szef węgierskiej dyplomacji Peter Szijjarto w przerwie spotkania ministrów spraw zagranicznych krajów UE w Brukseli.

Szijjarto powiedział węgierskim dziennikarzom, że chociaż stało się jasne, iż migrację można powstrzymać nie tylko na lądzie, ale też na Morzu Śródziemnym, to Bruksela i niektóre państwa zachodnie Unii stale i otwarcie wspierają przemyt ludzi i zachęcają do niego. Według ministra ich celem jest spowodowanie, by do Europy przybyło jak najwięcej imigrantów.

Zdaniem Szijjarto siły organizujące migrację znów przypuściły atak, a wspierające je państwa UE otwarcie stanęły po stronie przemytników.

Widać, że na Morzu Śródziemnym trwa organizowany międzynarodowo i wspierany narzędziami politycznymi przemyt ludzi

– wskazał.

W jego ocenie wspieranie organizacji pozarządowych prowadzących działalność związaną z przemytem ludzi spowoduje, że w kierunku Europy ruszą nowe fale migracji. To zaś będzie dobrym pretekstem, by powrócić do koncepcji mechanizmu obowiązkowego podziału migrantów między państwa członkowskie na zasadzie kwot.

Według Szijjarto kraje, które chcą podzielić między siebie migrantów przybyłych do Europy, „igrają z ogniem”, gdyż wystawiają na niebezpieczeństwo „europejskość, przyszłość, kulturę i tożsamość Europy”.

Szijjarto przedstawił możliwe dwa rozwiązania dla Europy: zająć stronę przemytników albo podzielić pogląd ministra spraw wewnętrznych Włoch Matteo Salviniego i władz Węgier, że na teren Europy powinno móc się dostawać tylko legalnie.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl