Nic takiego jednak się nie stało – mija już doba od obejrzenia ostatniego odcinka i póki co nie stwierdziłam objawów chandry (poza tą codzienną, spowodowaną jesienno-zimową aurą), tym bardziej depresji. Po przeczytaniu „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka patrzyłam na Warszawę, która zdaje się być jedną z bohaterek (bardzo smutnych) powieści, z domieszką smutku, odrazy i lęku. Po obejrzeniu serialu HBO o tym samym co książka tytule nie mam problemów z beztroskim spacerowaniem po mieście. A jednak „Ślepnąc…” wciska w fotel nie tylko za sprawą fabuły, bo tę już przecież znałam wcześniej, ale przede wszystkim ze względu na tak rzadkie w polskim kinie połączenie wciągającej historii z artystycznie wycyzelowanym obrazem. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że to jeden z najlepszych polskich seriali ostatnich lat.

Kuba Nitecki (Kamil Nożyński) po tym, jak opuścił rodzinny Olsztyn i przyjechał do stolicy, znalazł dobrze płatne zajęcie, wynajmuje przestronny apartament, jeździ drogim autem, a wolny czas najchętniej spędza z przyjaciółką Marią Pazińską „Paziną” (Marta Malikowska). Na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od innych okołotrzydziestoletnich słoików, którzy przyjechali z prowincji do Warszawy robić karierę w korporacji. Taką wersję zresztą sprzedał rodzinie, z którą nie widuje się od dłuższego czasu. W rzeczywistości Kuba jest dilerem kokainy, który każdej nocy przemierza Warszawę i odwiedza klientów. Wśród nich znajdziemy przedstawicieli rządnej ekstremalnych doznań młodzieży, samotną i obrzydliwie bogatą mężatkę, prominentnego polityka czy wreszcie gwiazdora telewizyjnego show (postać Mariusza Fajkowskiego do złudzenia przypomina samozwańczego "króla TVN"). Kuba bardzo dba o swoje bezpieczeństwo i anonimowość – jego adres i prawdziwe dane osobowe znają tylko najbliżsi, a nad mieszkaniem, w którym przechowuje towar i pieniądze, czuwa system kamer. Jego samotny, ale pełen harmonii świat ulegnie stopniowemu załamaniu, gdy znajdzie się w posiadaniu tajemniczej torby z kokainą. Szybko okaże się, że jej zawartość należy do Daria (Jan Frycz) – nieprzewidywalnego gangstera, który właśnie opuścił więzienie i będzie chciał za wszelką cenę odzyskać skradziony mu towar. 

Reżyserowi serialu i do spółki z Jakubem Żulczykiem autorowi scenariusza „Ślepnąc od świateł” Krzysztofowi Skoniecznemu udaje się coś, co można nazwać twórczą wiernością oryginałowi. Zdecydowana większość fabuły to adaptacja książki Żulczyka gdzieniegdzie tylko odbiegająca od pierwowzoru i wzbogacona artystycznymi impresjami. Dzięki temu serial jest atrakcyjny i wciągający również dla tych widzów, którzy czytali książkę Żulczyka. Twórcy maksymalnie wykorzystują środki przekazu, których z natury rzeczy pozbawione są książki – mamy tu świetną grę światłem (w końcu tytuł do czegoś zobowiązuje), która sprawia, że opowiedziane z perspektywy głównego bohatera zdarzenia zlewają się w zjawiskowy miraż – niezależnie od tego, czy źródłem światła jest akurat stroboskopowa lampa w nocnym klubie, rażący neon, latarnie oświetlające warszawską jezdnię czy błysk w oku któregoś z bohaterów. Oryginalny sposób prowadzenia kamery, zdjęcia Michała Englerta i montaż Sebastiana Mialika pozwalają widzowi przenieść się w sam środek wydarzeń. Całość dopełnia muzyka Marcina Maseckiego, przeplatana rapem, który doskonale wpisuje się w klimat fabuły.

Absolutnym crème de la crème jest obsada. Wiele skrajnych emocji wzbudziła kreacja Kamila Nożyńskiego, który jest muzykiem, a rola Kuby była jego pierwszym zderzeniem z aktorstwem. To oczywiście widać: Nożyński korzysta na planie z dwóch, może trzech wyrazów twarzy, a wypowiadane przez niego słowa brzmią momentami jak wyzuty z emocji syntezator mowy. Szkopuł w tym, że taka wycofana, oszczędna w uczuciach stylistyka do książkowego Jacka (tak miał na imię główny bohater Żulczyka), a tym samym serialowego Kuby, po prostu pasuje. To samo tyczy się dialogów Kuby z jego eks, czyli Pauliną (w książce miała na imię Beata): kiedy widzimy ich wspólnie po raz pierwszy, ich rozmowa jest tak drewniana, że aż… urocza. Bo autentyczna. Zresztą aktorskie niedomagania Nożyńskiego w dwójnasób rekompensuje reszta ekipy: Cezary Pazura jako niestabilny emocjonalnie celebryta przywodzi na myśl najbardziej szaleńcze kreacje Gary’ego Oldmana, Janusz Chabior ze swoją specyficzną powierzchownością świetnie wpisuje się w rolę mafijnego zakapiora, Robert Więckiewicz jako szef gangu – cóż, po prostu jest… Robertem Więckiewiczem, który kolejny raz pokazuje klasę, a coraz częściej doceniany przez filmowców Eryk Lubos przekonuje jako skorumpowany, targany nałogami antyprzykład stróża prawa. Na tle gwiazdorskich kreacji niczym supernowa świeci Jan Frycz w roli psychopatycznego Daria, który niczym diabeł wie wszystko o wszystkich, pojawia się i znika w najmniej oczekiwanych momentach.

Czyżby stacja HBO stworzyła przepis na serial idealny? Wiele na to wskazuje, ale przy tym nie należy zapominać, że trzonem tego sukcesu pozostaje znakomity materiał w postaci historii napisanej przez Żulczyka. „Ślepnąc od świateł” to nie tylko pełna zwrotów akcji, dobrze pomyślana fabuła, ale również poruszająca opowieść o piekle, jakie fundują nam nałogi: niezależnie od tego, czy tak jak w „Ślepnąc…” chodzi o narkotyki (cytując jednego z bohaterów serialu, „narkotyki to zło”), czy też o chciwość, seks, jedzenie, władzę, hazard, nowe technologie (niepotrzebne skreślić lub zastąpić dowolnym zapychaczem wewnętrznej pustki).

Żulczyk i Skonieczny cichym, ale równie negatywnym jak reszta bohaterem „Ślepnąc od świateł” czynią samą Warszawę, ukazując ją jako współczesną Sodomę i Gomorę, miasto zepsucia i utrapienia, które zasługuje tylko na to, by zatopić je w morzu apokaliptycznego ognia lub wodach starotestamentowego potopu. Pozbawiona nadziei, piekielna wręcz wizja Warszawy kontrastuje z kadrami z Buenos Aires, do którego chce wyjechać Kuba – ziemi obiecanej i jednocześnie raju utraconego głównego bohatera.

Fakt, że akcja serialu toczy się w okolicach Bożego Narodzenia, sprawia, że „Ślepnąc od świateł” staje się współczesną opowieścią antywigilijną, w której wszelkie szanse na poprawę i wybaczenie zostały dawno pogrzebane, a konsekwencje występków są jedynie kwestią czasu. Smutna to i przytłaczająca wizja, powodująca niemiłe, podskórne przeświadczenie, że świat opisany w książce i tak dosadnie ukazany w serialu może istnieć gdzieś obok nas. Być może znacznie bliżej, niż moglibyśmy się spodziewać.

„Ślepnąc od świateł” z sukcesem łączy budowanie klimatu z posuwaniem akcji na przód (czego na przykład zabrakło w niedawnym „Rojście” z Andrzejem Sewerynem i Dawidem Ogrodnikiem) i uzależnia niczym sprzedawana przez Kubę kokaina. Na objawy odstawienne polecam playlistę z muzyką z serialu, która już pojawiła się w serwisie Spotify. Można by jeszcze zaryzykować i pokusić się na mapkę Warszawy z miejscami przedstawionymi w serialu (których wychwytywanie w kadrach stanowi rodzaj ciekawej rozrywki dla mieszkańców stolicy), z popularnym wśród kibiców Legii barem kawowym „Źródełko” (swoją drogą nie znam ani jednej osoby, która choć raz zamówiłaby tam kawę) na czele. Ale to już opcja dla nieustraszonych, gotowych na niespodziewane spotkanie z kimś pokroju serialowego Daria.

Ocena: 9/10