W sierpniu tego roku w Chemnitz na festynie miejskim doszło do bójki z udziałem kilku osób różnej narodowości, w której rannych zostały trzy osoby. Jedną z nich był 35-letni Niemiec, który później zmarł. Wydano nakaz aresztowania dwóch osób - 22-letniego Irakijczyka oraz 23-letniego Syryjczyka.

Śmierć ta doprowadziła do najgwałtowniejszych od dekad protestów. Wówczas przeciwko polityce prowadzonej przez rząd Angeli Merkel na ulice miasta wyszły tysiące osób.

Do podobnej sytuacji doszło we wrześniu br. w mieście Koethen na wschodzie Niemiec, kiedy to na jednym z placów zabaw wywiązała się kłótnia między trzema Afgańczykami - o to, który z nich jest ojcem dziecka przebywającej wraz z nimi kobiety. Po pewnym czasie na placu zabaw miało pojawić się dwóch Niemców, w tym 22-latek, który wkrótce potem zginął.

Tymczasem wczoraj, kiedy Merkel po trzech miesiącach znowu pojawiła się w Chemnitz, mieszkańcy kolejny raz postanowili powiedzieć jej, co myślą.

W trakcie wizyty w Chemnitz Merkel uczestniczyła w debacie obywatelskiej, w której odpowiadała na pytania mieszkańców. Kanclerz wezwała wschodnich Niemców do większej pewności siebie. Chwaliła ich za działania, które doprowadziły do zjednoczenia RFN z NRD w 1990 roku.

Nie wszystkich przekonała, bo w mieście odbyła się demonstracja przeciwko polityce Merkel. Demonstrujący wznosili m.in. okrzyki "zdrajczyni narodu" oraz "Merkel musi odejść". W wypowiedziach dla niemieckich mediów utrzymywali, że przyjazd szefowej niemieckiego rządu do Chemnitz to prowokacja.