Prokuratura chciała kary czterech lat bezwzględnego więzienia dla oskarżonych, uznając, że działali umyślnie. Obrońcy wnieśli o uniewinnienie.

Do wypadku doszło w Kielcach w listopadzie ubiegłego roku. Mężczyzna z grupą osób korzystał z basenu na jednej z miejskich pływalni. Według ustaleń śledztwa – jak podawała wcześniej Prokuratura Okręgowa w Kielcach – "w czasie krytycznym dla tego zdarzenia, około godziny 21.15, żaden z ratowników nie przebywał na niecce basenu, a niedającego oznak życia pokrzywdzonego leżącego na dnie zauważyły osoby, które dopiero w tym momencie wchodziły do basenu i to one pierwsze przystąpiły do akcji ratowniczej i wezwały ratowników".

Prokuratura podkreślała, że opinia biegłego z zakresu ratownictwa medycznego i sportów wodnych wskazywała, że obaj ratownicy pracujący na pływalni nie wypełnili należycie swych obowiązków – doprowadzili do sytuacji, w której osoby korzystające z pływalni pozostały bez nadzoru, do czego nie powinni dopuścić i nie obserwowali tych osób.

Pokrzywdzony mężczyzna, który przebywał pod wodą przez kilka minut, przeżył, ale w wyniku zdarzenia doznał obrażeń "skutkujących chorobą realnie zagrażającą życiu". Obecnie nie może samodzielnie funkcjonować, a jego życie podtrzymują specjalne urządzenia.

Prokurator przedstawił dwóm ratownikom zarzuty narażenia pokrzywdzonego na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i spowodowania u niego ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Przesłuchani w charakterze podejrzanych nie przyznali się do popełnienia zarzucanych im czynów. Śledztwo zakończyło się w sierpniu skierowaniem aktu oskarżenia do sądu.

Zdaniem sądu okręgowego sprawa nie powinna trafić na wokandę tego sądu, bo obu oskarżonym zarzucono umyślną zbrodnię, a przedstawione fakty – według sądu – zostały niewłaściwie zinterpretowane prawnie.

Nawet gdyby przyjmować, że panowie doprowadzili do jakiegoś naruszenia reguł ostrożności, to nigdy w obszarze tej sprawy i stanu faktycznego, nie powinien się pojawić się zarzut zbrodni, czyli umyślnego, ciężkiego uszczerbku na zdrowiu

– mówił w uzasadnieniu wyroku sędzia Łukasz Sadkowski.

- Sąd ma przekonanie, wrażenie i pewność, że ta sprawa była oceniana – jak i kwestia wymiaru kary, zarzutów – przez pryzmat skutku. Skutek jest dramatyczny i tego nikt nie kwestionuje (...). Natomiast sprawa karna nie może być nigdy oceniana przez pryzmat skutków – podkreślił sędzia.

Sąd uznał winnym Roberta K., zmieniając kwalifikację prawną czynu: uznał go winnym nieumyślnego narażenia pokrzywdzonego na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, gdy ten tonął, przez zaniechanie nadzoru niecki i dna basenu, w wyniku czego nieumyślnie spowodował u mężczyzny ciężki uszczerbek na zdrowiu. Sąd orzekł wobec K. karę roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata i nakazał zapłatę 4 tys. zł grzywny. Zobowiązał go też do pisemnych przeprosin pokrzywdzonego.

Według ustaleń sądu K., który pozostał na pływalni, podczas gdy drugi ratownik poszedł skorzystać toalety – przekazując wcześniej obowiązki – nie monitorował stale niecki basenu i dna basenu (poszedł do dyżurki uruchomić sygnał dla zmian grup pływających).

Jego obowiązkiem było nie tylko dbanie o to, żeby osoby z poprzedniej grupy bezpiecznie pływały, ale także, żeby bezpiecznie opuściły basen, ewentualnie osoby zostające na drugą godzinę mogły dalej korzystać, a nowe osoby prawidłowo rozpoczęły swoje pływanie. Tego pan K. nie zapewnił

– ocenił sąd.

W opinii sądu nie da się jednoznacznie ustalić, czy pokrzywdzony przed wypadkiem intensywnie pływał przez kilkadziesiąt minut – jak wyjaśniali oskarżeni – trenował oddechy i mógł na skutek tzw. hiperwentylacji zasnąć pod wodą. - Jeżeli pan K. widział tego rodzaju zachowanie pokrzywdzonego i miał doświadczenie – jak przyznawał – że tego rodzaju hiperwentylacja i sposób korzystania z basenu może doprowadzić do bardzo szybkiego zaśnięcia pod wodą, to ciężko wytłumaczyć logicznie, że ma taką wiedzę i spuszcza z oczu pokrzywdzonego – zauważył sąd.

Gwarant, jakim jest ratownik wodny na basenie, ponosi odpowiedzialność nie tylko za sprowadzenie zagrożenia, ale także za to, że swoim zaniechaniem nie powoduje ustąpienia tego zagrożenia lub jego zmniejszenia. Gdyby nawet przyjmować, że pokrzywdzony zasnął pod wodą – jak argumentowali obrońcy – to właśnie to, że pan K. nienależycie obserwował nieckę i dno basenu, to naraził na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia pokrzywdzonego, bowiem nie spowodował poprzez swoje zachowanie ustąpienia lub zmniejszenia tego bezpośredniego niebezpieczeństwa. I w tym sąd przede wszystkim upatruje winy, ale nieumyślnej pana K.

– dodał sąd.

Sąd uniewinnił drugiego ratownika – Sławomira J. Miał on mieć feralnego dnia podczas dyżuru na pływalni kłopoty żołądkowe, częściej bywał w toalecie. Wyszedł też do niej kilka minut przed wypadkiem, w chwili, gdy według ustaleń sądu "nic nadzwyczajnego nie działo się na basenie" – kilka osób korzystało w niego w sposób prawidłowy.

Pan J., opuszczając miejsce swojej pracy, przekazując K. swoje obowiązki, nie mógł nawet w najdalej posuniętej interpretacji prawniczej i faktycznej przyjmować, że coś na tym basenie się wydarzy (…). Co jest bardzo istotne, co sąd dostrzegał, czytając opinię pisemną z akt sprawy – na tym basenie wystarczył dyżur jednego ratownika (…). Pozostawał na tym basenie jeden ratownik, co było zgodne z przepisami prawnymi (…), to nie sposób mówić w ogóle o naruszeniu jakichkolwiek reguł ostrożności

– podkreślił sędzia Sadkowski.