On go pobił, a ona przejechała. Ruszył proces ws. Alberta R.

zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com /Creative Commons CC0/QuinceMedia

  

Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się proces Krzysztofa M. Mężczyzna usłyszał zarzut zabójstwa z zamiarem ewentualnym. W ubiegłym roku oskarżony pobił w centrum miasta 21-letniego Alberta R. Po uderzeniu Albert upadł na jezdnię, po chwili przejechał po nim samochód.

Krzysztofowi M. za zabójstwo z zamiarem ewentualnym grozi nawet dożywocie.

Do zdarzenia doszło w październiku ub. roku w centrum Poznania. W godzinach nocnych 21-letni Albert R. przechodził ulicą Krysiewicza. Został dwukrotnie uderzony przez młodego mężczyznę, który po zadaniu ciosów uciekł.

Według prokuratury Albert R. upadł na jezdnię, a po chwili przejechał go samochód. Przebieg zdarzenia zarejestrował monitoring. Pokrzywdzony Albert R. w stanie ciężkim trafił do szpitala. Udzielono mu tam natychmiastowej pomocy.

Ojciec Alberta R. mówił mediom w sądzie, że obecnie "stan syna się poprawił, ale nadal nie jest komunikatywny, nie można się nim porozumieć. My jako rodzice wiemy, kiedy jest mu dobrze, kiedy jest źle, reaguje na nas w pewien sposób". Albert R. był w środę w sądzie. Poszkodowany stale wymaga opieki innych osób, nie jest samodzielny, porusza się na wózku.

- Ostatnio był u nas neurolog i mówił, że jego stan po wypadku powoli, powoli się poprawia. Trudno powiedzieć, jakie są rokowania. Po jego uszczerbku, po tych urazach – jeśli on będzie sam jadł, cokolwiek będzie w stanie sam zrobić – to będzie szczęście dla nas – podkreślił.

Dodał, że w dniu tragicznego zdarzenia Albert R. świętował urodziny. Do wypadku doszło, kiedy chłopak wracał do domu. "Wcześniej Albert trenował piłkę. Jego hobby to była deskorolka. Teraz już nie ma nic" – powiedział ojciec poszkodowanego.

Oskarżony Krzysztof M. po zdarzeniu ukrywał się przed organami ścigania. Prokuratura oskarżyła go o to, "że działając z zamiarem ewentualnym, przewidując możliwość pozbawienia życia Alberta R., i godząc się na to, usiłował pozbawić go życia w ten sposób, że dwukrotnie uderzył pokrzywdzonego pięścią w twarz, powodując jego upadek na jezdnię bezpośrednio pod nadjeżdżający samochód osobowy, w następstwie czego doprowadził do przejechania pokrzywdzonego przez wskazany pojazd, czym spowodował u pokrzywdzonego obrażenia stanowiące ciężki uszczerbek na zdrowiu w postaci choroby realnie zagrażającej życiu, a czynu tego dopuścił się w ciągu 5 lat po odbyciu co najmniej 6 miesięcy kary pozbawienia wolności za umyślne przestępstwo podobne".

Krzysztof M. powiedział w środę w sądzie, że przyznaje się do dwukrotnego uderzenia 21-latka. Jak dodał, uderzył Alberta R. ponieważ został przez niego obrażony.

- Jest mi bardzo przykro z powodu tego, co się stało. (...) Chciałbym też przeprosić rodziców Alberta za to, co się wydarzyło – podkreślił.

We wcześniejszych wyjaśnieniach, przytoczonych przez sąd, oskarżony mówił m.in. o kłótni między mężczyznami, do jakiej doszło chwilę przed zdarzeniem. Mówił, że to Albert go zaczepił, "szedł zapłakany, mówił coś o swojej dziewczynie, był agresywny". Dodał, że auto, które następnie przejechało po poszkodowanym, poruszało się bardzo szybko. Z miejsca zdarzenia – jak podkreślił – samochód "uciekał z piskiem opon".

Sąd przesłuchał w środę także Szymona P., który widział zdarzenie. Jak mówił, było ciemno, widział wtedy tylko dwie sylwetki na ulicy.

- Widziałem tylko dwa uderzenia. W pobliżu nie zauważyłem żadnego pojazdu. Widziałem też moment najechania na niego przez auto, ten samochód w ogóle się nie zatrzymał, pojechał dalej (...), jeszcze przed momentem najechania zaczęliśmy biec do niego, myśląc, że to nasz kolega, żeby udzielić mu pomocy, a oskarżony uciekł w boczną uliczkę. Jak nadjeżdżał samochód, to tego chłopaka, oskarżonego, już nie było – powiedział.

Zeznania składały także inne osoby, które chwilę po zdarzeniu udzielały pomocy poszkodowanemu. Sąd odtworzył także nagrania z kamer monitoringu, które zarejestrowały zdarzenie, a także nagranie z eksperymentu procesowego.

Na ławie oskarżonych zasiadła także Marta Sz. Prokuratura przedstawiła jej zarzut "popełnienia przestępstwa z art. 162 § 1 k.k. uznając, że nie udzieliła pomocy leżącemu na jezdni Albertowi R., znajdującemu się w bezpośrednim niebezpieczeństwie utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, po uprzednim najechaniu na pokrzywdzonego jedną osią pojazdu, mogąc udzielić pomocy bez narażenia siebie i innych osób na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu".

W sądzie kobieta nie przyznała się do winy. Odmówiła też składania wyjaśnień. We wcześniejszych wyjaśnieniach, przytoczonych przez sąd, oskarżona podkreślała, że "nie widziała, nie miała świadomości, że najechała samochodem na poszkodowanego". "Miałam wrażenie, że wjechałam kołem w dziurę, słuchałam radia, pamiętam, że miałam włączone radio (...), poruszałam się z niewielką prędkością, jechałam bardzo ostrożnie" – wskazała.

W środę sąd przesłuchał też biegłego Grzegorza Albrechta. Według opinii określonej m.in. na podstawie monitoringu oskarżona miała poruszać się z prędkością 45 km/h. "Przed najechaniem na pokrzywdzonego średnia prędkość wynosiła 37 km/h, bezpośrednio po najechaniu na pokrzywdzonego zauważalne były światła hamowania", zatem – jak wskazał biegły – "decyzja o hamowaniu musiała zostać podjęta wcześniej".

Kiedy nastąpiło drugie uderzenie, samochód znajdował się około 75 metrów od miejsca, w którym upadł pokrzywdzony. Jak dodał biegły, dozwolona prędkość na tym odcinku to 30 km/h.

- W mojej ocenie oskarżona nie mogła uniknąć najechania na pokrzywdzonego. Odcinek zauważenia na jezdni człowieka był zbyt krótki, by nie najechać. W mojej ocenie w tym miejscu nie było możliwości ominięcia pokrzywdzonego, wymagałoby to wjechania na chodnik, niemniej w takich sytuacjach działaniem obronnym jest zawsze hamowanie – powiedział.

Dodał, że miejsce, w którym doszło do zdarzenia, "to prosty odcinek drogi, z 75 metrów widać było światło. Oskarżony Krzysztof M. musiał nie tylko widzieć światła, ale, co więcej, musiał widzieć sam samochód, ponieważ ten odcinek jest dobrze oświetlony". Powiedział, że podczas eksperymentu procesowego osoby kierujące pojazdem za każdym razem zdołały się zatrzymać przed manekinem. Biegły wskazał jednak, że eksperymentu nie można odnieść do dynamicznej sytuacji na drodze. "Praktycznie z odległości 10 metrów widać było przeszkodę w postaci czarnej bryły leżącej na jezdni, ale wtedy jeszcze trudno ją było jasno określić jako osobę" – zaznaczył. Tłumaczył też, że celem eksperymentu nie było sprawdzenie, czy można było uniknąć najechania na człowieka, ale tego, z jakiej odległości widać było poszkodowanego na ulicy.

Biegły wskazał ponadto, że "mechanizm najechania na człowieka, jest inny niż wjechania w dziurę. Oskarżona musiała więc wiedzieć, że najechała na człowieka" – dodał i podkreślił, że "mechanizm najechania na człowieka bardziej przypomina gwałtowne przejechanie przez próg zwalniający niż wjechanie w dziurę". Dodał, że "nie znajduje uzasadnienia dla niezatrzymania się oskarżonej w tej sytuacji".

Sąd przesłuchał również biegłego lekarza Czesława Żabę. Z ekspertyzy wynikało, że w organizmie oskarżonej Marty Sz. wykryto obecność alkoholu. Jak mówił, "taka ilość alkoholu jak 0,17 czy 0,32 promila nie wpływa istotnie na reakcje psychomotoryczne". "Badania wykazały, że już nieduży poziom, około 0,6 promila, powoduje ograniczenie pola widzenia bocznego, czyli tzw. widzenie lunetowe. Wyższe poziomy alkoholu powodują zaburzenia postrzegania, wydłużony jest czas reakcji, w związku z tym podjęcie reakcji hamowania jest opóźnione. Ten poziom u oskarżonej jest niski" – podkreślił biegły.

Tłumaczył, że "reakcja na alkohol jest indywidualna. Jedna osoba może reagować na niewielkie ilości bardziej, inna – w mniejszym stopniu. Nawet ta sama osoba, która spożyła tę samą ilość alkoholu, w innych dniach może inaczej reagować". Dodał, że na reakcje psychomotoryczne oskarżonej mogło wpłynąć zmęczenie i późna pora dnia.

Biegły, odnosząc się do obrażeń poszkodowanego, wskazał, że "gdyby samochód poruszał się wolniej, to po pierwsze kierowca miałby możliwość podjęcia w odpowiednim czasie rekcji hamowania lub ominięcia przeszkody. I po drugie – gdyby samochód jechał wolniej, to niewątpliwie te obrażenia mogłyby być mniejsze, ale nie wykluczam, że również mogłyby nosić cechy obrażeń ciężkich".

Dodał, że "uwzględniając rodzaj i zakres obrażeń doznanych przez pokrzywdzonego, które miały charakter naprawdę ciężki, to, że pokrzywdzony ten trudny okres przetrwał – to już jest dużym sukcesem terapeutycznym. Natomiast charakter tych obrażeń moim zdaniem nie rokuje dobrze i będzie miał charakter utrwalony. Nie należy się spodziewać w przyszłości realnej poprawy stanu zdrowia pokrzywdzonego. Będzie on wymagał całodobowej i stałej opieki osób trzecich".

Kolejna rozprawa odbędzie się pod koniec grudnia.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl,

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nie cichną echa "afery taśmowej" w Austrii. Niemieckie media o "dalszych kontaktach", Rosja umywa ręce

Heinz-Christian Strache / By GuentherZ - Own work, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=20138217

  

Nie cichną echa skandalu, jaki wybuchł w Austrii po publikacji w piątek przez dwie niemieckie redakcje "Der Spiegel" i "Sueddeutsche Zeitung" nagrań wideo, na których wicekanclerz Austrii Heinz-Christian Strache oferuje państwowe kontrakty "inwestorce" z Rosji w zamian za pomoc w kampanii wyborczej w 2017 r. Kanclerz Austrii, Sebastian Kurz wyklucza, by w aferze brały udział służby specjalne obcych państw. Komisja Europejska zajęła stanowisko, iż "w pełni wierzy, że austriackie społeczeństwo i instytucje demokratyczne tego kraju poradzą sobie ze sprawą".

W piątek niemiecki dziennik "Sueddeutsche Zeitung" i tygodnik "Der Spiegel" opublikowały nagrania wideo, na których wicekanclerz Austrii Heinz-Christian Strache oferuje państwowe kontrakty "inwestorce" z Rosji w zamian za pomoc w kampanii wyborczej w 2017 r. Celem miało być kupno gazety "Kronen Zeitung", która miałaby wspierać jego ugrupowanie. FPOe miałaby "spłacać" dług dostępem do publicznych kontaktów.

Strache w sobotę podał się do dymisji i zrezygnował z funkcji szefa współrządzącej w kraju FPOe. Kanclerz Austrii Sebastian Kurz zapowiedział przeprowadzenie jak najszybciej przedterminowych wyborów parlamentarnych.

Politycy Austriackiej Parii Wolności (FPOe) Heinz-Christian Strache i Johann Gudenus zapewniali, że po ich ujawnionym przez niemieckie media spotkaniu z domniemaną krewną rosyjskiego oligarchy na Ibizie nie mieli już z tą kobietą żadnych kontaktów.

Powołując się na nagrania audio znajdujące się w ich poosiadaniu, "Spiegel" i "SZ" twierdzą, że Gudenus, który po ujawnieniu nagrania z Ibizy złożył funkcję szefa klubu parlamentarnego FPOe i w ogóle odszedł z partii oraz zapowiedział złożenie mandatu parlamentarzysty, zarówno przed spotkaniem na Ibizie, jak i później kontaktował się z człowiekiem, który występował jako zaufany rosyjskiej inwestorki - domniemanej krewnej rosyjskiego oligarchy Igora Makarowa, przedstawiającej się jako Alona Makarowa.

Chodzi m.in. o nagranie audio ze spotkania Gudenusa z owym człowiekiem pod koniec sierpnia 2017 r., najprawdopodobniej w Wiedniu. Znów omawiano wtedy - jak pisze "Spiegel" - "wątpliwe interesy" między obu stronami. Zaufany Rosjanki mówi, że chce ona, by politycy FPOe upewnili ją, jeśli chodzi o sprawę koncernu budowlanego Strabag, o której rozmawiano na Ibizie.

"Spiegel" przypomina, że na Ibizie Strache (który po ujawnieniu afery złożył wszystkie urzędy polityczne, w tym urząd wicekanclerza Austrii i szefa partii) roztaczał przed domniemaną rosyjską inwestorką perspektywę kontraktów na budowę dróg - kosztem koncernu Strabag. Podkreślał, że kiedy FPOe będzie współrządzić, Strabag nie dostanie już żadnych kontraktów państwowych. Miałyby one przypaść owej Rosjance.

Austriacki kanclerz Sebastian Kurz w poniedziałkowym wywiadzie dla dziennika "Bild", zasugerował kto - jego zdaniem - może stać za skandalem z nagraniami wideo, które doprowadziły do kryzysu rządowego w jego kraju. Jednocześnie raczej wyklucza udział obcych służb specjalnych w aferze.

- Jesteśmy małym krajem. Dlaczego jakaś tajna służba miałaby to robić?

 - pyta retorycznie Kurz.

- Jeśli mówimy o metodach, to przypominają one (metody) Tala Silbersteina, doradcy socjaldemokratów w kampanii wyborczej w 2017 roku. Uważam, że to on może za tym stać. Stosował podobne metody na całym świecie

 - wskazał kanclerz. Tal Silberstein jest izraelskim specjalistą od marketingu politycznego, zaangażowanym pośrednio w kampanię przed wyborami w Austrii w 2017r.  

Od afery odcięła się Rosja. Rzecznik prezydenta Władimira Putina, Dmitrij Pieskow, powiedział, że nie może skomentować pojawienia się nagrania, ponieważ - jak ocenił - "nie dotyczy to Federacji Rosyjskiej, prezydenta ani rządu" tego kraju.

"Nie wiemy dokładnie, kim jest ta kobieta - czy jest ona narodowości rosyjskiej, czy jest obywatelką Rosji" - wskazał Pieskow.

- Jest to historia, która nie ma i nie może mieć żadnego związku z nami

 - zapewnił rzecznik rządu. 

Z kolei Komisja Europejska wyraziła stanowiska, że austriackie społeczeństwo i tamtejsze instytucje poradzą sobie ze sprawą. 

- Nie uważamy, że komentarze z naszej strony są konieczne. Mamy pełne zaufanie do społeczeństwa Austrii i tamtejszych instytucji demokratycznych, że uporządkują tę sprawę

 - powiedział na konferencji prasowej w Brukseli rzecznik Komisji Europejskiej Margaritas Schinas.

Jak podkreślił, instytucja, którą reprezentuje, śledzi doniesienia o tym, że lider partii politycznej został nagrany podczas negocjacji w sprawie uzyskania dostępu do mediów w zamian za fundusze od strony trzeciej, która "w jasny sposób nie miała na sercu europejskiego interesu".

FPOe, Wolnościowa Partia Austrii, ugrupowanie o profilu nacjonalistycznym i eurosceptycznym, uzyskało w wyborach do austriackiego parlamentu w 2017 r. trzeci wynik (26 proc. poparcia). Weszło wraz ze zwycięską Austriacką Partią Ludową w koalicje rządzącą.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl