„Pierwszy człowiek”: Houston, mamy to! RECENZJA

Kadr z filmu "Pierwszy człowiek" / www.firstman.com/mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl

Kontakt z autorem

Po rewelacyjnym „Whiplashu” i obsypanym nagrodami „La La Landzie” Damien Chazelle powraca z kolejnym ambitnym bohaterem, który zrobi wszystko, by osiągnąć zamierzony cel. Historia Neila Armstronga, tytułowego „Pierwszego człowieka” na Księżycu, wprost idealnie wpisuje się w konwencję charakterystyczną dla reżysera. A efekt? Cóż, ten jest… kosmiczny. Film od piątku 19 października w kinach.

Neila Armstronga (Ryan Gosling) poznajemy w trudnym dla niego momencie: w pracy przełożeni nie doceniają jego ambicji i dążą do „uziemienia” go w biurze, a w życiu prywatnym mierzy się z ciężką chorobą dziecka. W tle toczy się tzw. zimna wojna, w której Ameryka rywalizuje z Sowietami o skalę kosmicznej ekspansji. Kiedy Neil zostaje zakwalifikowany do organizowanego przez NASA programu „Gemini”, w ramach którego mają odbyć się zapowiedziane przez Johna F. Kennedy’ego loty na Księżyc, Armstrongowie przeprowadzają się do nowego domu na przedmieściach, a Neil rozpoczyna szkolenia. Z czasem okaże się, że udział w programie zapoczątkuje w jego karierze i życiu osobistym zupełnie nowy etap. Jego owocem będzie moment, w którym padną słynne słowa o „małym kroku dla człowieka i wielkim skoku dla ludzkości”. Jednak zanim do niego dojdzie, bohater będzie musiał zaliczyć kilka porażek, pożegnać kilku przyjaciół, a przede wszystkim przepracować wewnętrzną traumę i uporządkować swoje relacje z żoną (Claire Foy) i synami.

Największą siłą „Pierwszego człowieka” jest znakomity pomysł na to, jak sprzedać tę historię. Nagrodzony Oscarem za reżyserię „La La Land” Damien Chazelle (łącznie musical zdobył sześć statuetek, a jego wcześniejszy „Whiplash” - trzy) po raz kolejny udowodnił, że świetnie sprawdza się w przenoszeniu na ekran opowieści o ludziach ambitnych, przekraczających własne ograniczenia i bezwzględnych na drodze do osiągnięcia celu. Biografia Neila Armstronga (film został oparty na książce Jamesa R. Hansena) była więc dla Chazelle’a od początku doskonałym materiałem. Efekt jest… po prostu kosmiczny. Głównie dlatego, że twórcy „Pierwszego człowieka” stawiają na realizm - zamiast hollywoodzkich fajerwerków, Chazelle serwuje nam surowy i kameralny (jak na fakt, że duża część akcji odbywa się w kosmosie) film, w którym milczenie wyraża więcej niż ludzkie słowa ginące w kosmicznej próżni.

Obok fascynującej opowieści o słynnej misji Apollo 11, „Pierwszy człowiek” to poruszająca do głębi historia o ludzkich możliwościach i przekraczaniu wewnętrznych barier. Zamiast nudnej patetycznej laurki na cześć amerykańskiego kosmonauty, Chazelle proponuje trzymającą w napięciu opowieść o człowieku z krwi i kości. Wprawdzie zanim dojdzie do lądowania na Księżycu, będziemy świadkami kilku nieudanych podejść, co w pewnym stopniu może uśpić naszą czujność i ciekawość, ale na efekt końcowy zdecydowanie warto poczekać. Zwłaszcza, że z księżycowej perspektywy nasza planeta wygląda spektakularnie, a i ziemskie problemy wydają się mniej kosmiczne.

Interesujący scenariusz i nowatorskie pomysły reżysera zdałyby się na nic, gdyby nie obsada - grający Armstronga Gosling ponownie daje popis aktorskiego kunsztu, wcielając się w postać bardzo niejednoznaczną i wielowymiarową: z jednej strony bowiem Armstrong to człowiek pewny siebie, skoncentrowany na osiągnięciu celu, z drugiej - zamknięty w sobie, mający problem z wyrażaniem emocji i relacjami w rodzinie, którą w głębi serca bardzo kocha. Wspólnie z Claire Foy, Ryan Gosling tworzy duet nie mniej elektryzujący (i na pewno dużo prawdziwszy), niż ten z Emmą Stone w „La La Land”. Choć - ponownie - siłą ich tandemu nie są wcale rozbudowane dialogi, ile wyrafinowana gra gestów i spojrzeń.

Efekt dopełniają piękne, zapierające dech w piersiach zdjęcia Linusa Sandgerna (zdobywca Oscara za zdjęcia do "La La Land")  i przejmująca muzyka Justina Hurwitza (również laureat Oscara za ten sam film). Chazelle i jego ekipa robią wszystko, by jednocześnie wynieść widza na orbitę i pozwolić mu niemal poczuć stan nieważkości, a jednocześnie pokazać Armstronga i jego wyczyn w bardzo ludzki i - nomen omen - „przyziemny” sposób. Dzięki temu fantastycznemu balansowi „Pierwszy człowiek” o lata świetlne wyprzedza kosmiczne klasyki z ostatnich lat takie na przykład „Grawitacja” Alfonso Cuarona, a nawet kultowy „Interstellar” Christophera Nolana. Parafrazując słowa samego Armstronga - być może „Pierwszy człowiek” to niewielki krok dla Damiena Chazelle’a, ale ogromny skok dla kina gatunkowego. Chapeau (aż chciałoby się zapytać, jak jest po francusku hełm kosmonauty?) bas!

Ocena: 9/10

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl