„Idomeneo” Mozarta rozpocznie sezon w WOK. „To historia o ludzkiej bezsilności”

Michał Znaniecki / Fot. Filip Blażejowski/Gazeta Polska

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl

Kontakt z autorem

"Jestem bardzo wierny kompozytorowi. Niezależnie od tego, w jakich kostiumach przedstawiamy dzieło i do czego nawiązujemy: polityki, Homera czy tragedii greckiej - to rzecz wtórna. Zależało mi na pokazaniu samej historii - człowieka skazanego na cierpienie, trochę na wzór biblijnego Hioba, targanego rozpaczą" - mówi o "Idomeneuszu, królu Krety" Mozarta reżyser Michał Znaniecki. Już dziś , w piątek 5 października, w Warszawskiej Operze Kameralnej "Ideomeneo" zainauguruje nowy sezon artystyczny.

Pańskie dzieła wystawiane są na najważniejszych scenach świata. Jak więc doszło do Pańskiej współpracy z Warszawską Operą Kameralną?

Sam pochodzę z Warszawy i można powiedzieć, że właściwie wychowałem się na Warszawskiej Operze Kameralnej i projektach dyrektora Stefana Sutkowskiego. To właśnie tutaj mogłem z bliska oglądać sztukę aktorską śpiewaków operowych. Przez całe moje życie zagraniczne - włosko-argentyńsko-hiszpańskie - zawsze ciepło wspominałem WOK. Pracując na wielkich plenerach i stadionach, a nawet na wyspach, wodach, reżyser tęskni za bliskim kontaktem widza i artysty.  Zarówno praca z chórem, jak i solistami czy baletem daje wielką satysfakcję, bo tutaj, w tym kameralnym środowisku, widać każdą intencję reżysera. Cały czas o tym myślałem i marzyłem, by podjąć współpracę z WOK. Od kilku lat starałem się o to: próbowałem zarówno z dyrektorem Sutkowskim, jak i Lachem, aż w końcu udało się dopiero teraz, z Alicją Węgorzewską. W końcu udało się nam skoordynować daty, terminarze i proszę - dziś świętujemy premierę (śmiech). To dla mnie szczególnie ważna i prestiżowa premiera, bo otwierająca cały sezon artystyczny w WOK. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że jest to dla mnie ważny powrót do Warszawy, do moich korzeni teatralnych. 

I do korzeni mozartowskiej klasyki, choć "Idomeneo" to historia znowu nie aż tak popularna. Kiedy statek tytułowego Idomeneusza, króla Krety atakuje olbrzymi sztorm, bohater składa przysięgę Posejdonowi: w zamian za ocalenie życia, obiecuje mu złożyć w ofierze pierwszego człowieka, którego spotka po przybiciu do brzegu. Jak to w greckiej mitologii bywa, nieszczęśliwie okazuje się, że na plaży bawi się jego syn. To, co dzieje się później jest tylko z góry skazaną na porażkę walką z przeznaczeniem. Jak Pan interpretuje tę historię?

Krótko mówiąc, to opowieść o pewnego rodzaju impotencji. O bezsilności głównych bohaterów - tytułowego Idomeneusza i jego syna Idamantesa wobec losu i przeznaczenia. Cała interpretacja tej historii polegała na tym, jak pokazać tę impotencję. Dlatego na scenie aktorom towarzyszą przeszkody: warstwy tiulu, kraty - te wszystkie elementy scenografii utrudniają bohaterom spotkanie i nawiązanie bliskiej relacji. Nad fatum dodatkowo czuwa żądny zemsty Neptun. W tych okolicznościach bohaterowie są z góry skazani na porażkę.  

Jak w klasycznej greckiej tragedii.

Tak. Każda próba ucieczki spod kontroli bogów kończy się źle, a każda próba uratowania kogoś dla nas bliskiego jest walką beznadziejną.

Co współczesny widz może wynieść z tej opowieści? Jakie przesłanie?

Na pewno na szczególną uwagę zasługuje wątek „obcości”. Mamy tu do czynienia z podziałem chóru na mieszkańców Krety i jeńców. To problem dwóch grup kulturowych, które budują pewien konflikt. I choć później ci jeńcy sami stają się mieszkańcami Krety i opiekują się Kreteńczykami, to ostatecznie zjednoczenie się nie udaje, podziały pozostają. To znamienny wątek w kontekście kryzysu migracyjnego, z jakim zmaga się współczesna Europa.

I smutny scenariusz.

Dlatego wybrałem Mozarta w wersji „opera seria” Z drugiej strony widać też impotencję króla - ojca, który próbuje uratować syna, choć przeciwko są ideologia i przeznaczenie. Król jest ukazany jako biedny człowiek, który się miota w sobie. Jedynym momentem wolności i decyzji pomimo bogów i niejako wbrew nim, okazuje się dla niego samobójstwo. Śmierć, która jest niepotrzebna, ale niezwykle symboliczna. Jest też pewien wątek, który można odczytać przez pryzmat dzisiejszego sporu politycznego, także tego w Polsce. Ale ja jestem w stu procentach apolityczny, te konteksty pozostawiam do wyłapania i odkrycia samemu widzowi.

Jaki miał Pan pomysł, by „sprzedać” tę historię? Postawił Pan na wierność wizji kompozytora, czy pozwolił Pan sobie na własną?

Jestem bardzo wierny kompozytorowi. Niezależnie od tego, w jakich kostiumach przedstawiamy dzieło i do czego nawiązujemy: polityki, Homera czy tragedii greckiej - to rzecz wtórna. Zależało mi na pokazaniu samej historii - człowieka skazanego na cierpienie, trochę na wzór biblijnego Hioba, targanego rozpaczą. A to, czy interpretacja jest nowoczesna, czy klasyczna, to jest sprawa drugorzędna. Istotne było dla mnie, by to temat opisany przez Mozarta był na pierwszym planie.

Jaki był dla Pana najtrudniejszy moment podczas pracy nad tym dziełem?

Wyzwaniem na pewno była niewielka przestrzeń WOK, ale to tylko pobudziło naszą kreatywność: wraz ze scenografem Luigim Scoglio wymyśliliśmy, żeby na scenie pojawiły się wspomniane tiule, które mają symbolizować blokady psychiczne. Dało to efekt pewnej oniryczności. Efekt dopełniają … nowe technologie. Dzięki mappingowi Karoliny Jacewicz  będziemy wyświetlać obrazy korespondujące emocjami bohaterów. Choreografia tworzy mniej realistyczny wymiar opowieści. To efekt zaskakujący. Sam dyrygent zaprosił orkiestrę aby wyszła z kanału i popatrzyła na projekcje. Uznał to za możliwą inspirację dynamiki instrumentów. Mam nadzieję, że nasza wizja przypadnie do gustu również widzom.  

Trzymam kciuki, by tak się stało. Kilka dni temu świętowaliśmy Międzynarodowy Dzień Muzyki. Maestro Jerzy Maksymiuk powiedział w swoim przesłaniu, że muzyka to lekarstwo na lęk. A czym dla Pana jest muzyka?

To trudne pytanie. Jestem artystą, ale i rzemieślnikiem - dla mnie muzyka to materiał, z którego buduję. Używam muzyki jako stymulacji, spojrzenia inaczej na rzeczywistość. To że chodzę po ulicy ze słuchawkami, w których gra mi np. The Dumplings - a więc brzmienie dalece odbiegające od tzw. muzyki klasycznej to znak, że muzyka fokusuje mi spojrzenie na świat. Dla artysty to bardzo ważne - zarówno przy operach, jak i codziennym życiu. Dzięki podkładowi muzycznemu patrzę na świat z inną dynamiką. Muzyka mnie ustawia, porządkuje mi kolory. Kiedy pracuję nad operą, najpierw słucham muzyki, dopiero później czytam libretto. W życiu mam podobnie - to muzyka nadaje kolor mojej codzienności. Czasem czarno-biały, czasem pełen barw, ale jedno pozostaje niezmienne - muzyka zawsze jest źródłem inspiracji.

Z Michałem Znanieckim rozmawiała Magdalena Fijołek.

NIE PRZEGAP: Kolejne wystawienia "Idomeneusza, króla Krety" w Warszawskiej Operze Kameralnej: 6, 7 października oraz 1,2 grudnia 2018 r. Więcej na  www.operakameralna.pl

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl