Jaki jest Kacper Płażyński? Gdyby miała Pani krótko opisać męża, to jakie byłyby pierwsze słowa przez Panią wypowiedziane?

Opanowany. To chyba cecha która najlepiej go określa. On nie poddaje się emocjom, nawet w sytuacjach ekstremalnie trudnych. Nie ukrywam, że bardzo mi to zaimponowało. Potem przekonałam się, że pod tą spokojną powierzchnią jest człowiek o wielkiej sile. Wielokrotnie pokazywał, że jest nie do zdarcia. Przejechał całą Europę autostopem, podróżował na Wschód, w miejsca, gdzie raczej nikt się nie wybiera. Mówię tez o sile psychicznej – gdy wszyscy dookoła reagują nerwowo, Kacper jest zawsze racjonalny. Analizuje sytuację o potem przedstawia swoje zdanie. A nie boi się mówić to, co myśli. Ma zasady i się ich trzyma, nawet, jeśli wygodniej byłoby się wycofać.

Jakiś czas temu pani mąż rozpoczął walkę z nielegalnym poborem opłat parkingowych w Gdańsku. Zdaje się, że robił wówczas aplikację adwokacką. Nie bał się reakcji środowiska?

Tak, Kacper robił wtedy aplikację i na pewno występując zdecydowanie przeciwko mafii parkingowej i obecnemu prezydentowi Gdańska w jakiś sposób ryzykował swoją dalszą karierą zawodową. Spotkały go zresztą za to pewne szykany, wiadomo, że część środowiska prawniczego w naszym mieście jest dość upolityczniona. Widział niesprawiedliwość, postanowił działać i po prostu zabrał się do pracy. Tak samo było w przypadku obrony historycznych terenów Gedanii. Po jednej stronie była garstka mieszkańców i Kacper, po drugiej potężne interesy, jakie prowadzą w Gdańsku deweloperzy. Kacper nie schylił czoła przed silniejszymi. Mój mąż chyli czoła przed zwykłymi ludźmi. I chce im po prostu pomagać.

Dziś Kacper Płażyński stoi w świetle reflektorów. Wyborczy wyścig w Gdańsku przykuwa uwagę mediów. To Pani imponuje?

Nie, imponuje mi raczej sposób, w jaki mój mąż prowadzi kampanię. To jest inna kampania, niż te które do tej pory widzieliśmy w Gdańsku. Kacper codziennie spotka się z ludźmi, codziennie proponuje nowe rozwiązania dla gdańszczan. Nie ma w tym blichtru czy pustosłowia. Myślę, że ta rosnąca popularność – bo jest ona jednak nierozłączną cechą kampanii wyborczej w dużym mieście – trochę nawet Kacpra peszy. Jemu zupełnie nie imponuje sława, pieniądze czy inne „błyskotki”.

W kampanii Pani mąż często mówi o współpracy. Widzi Pani szansę na to, żeby w Gdańsku współpracowały ze sobą różne środowiska? Ostatnie trzy lata to jednak bardzo ostry spór polityczny w mieście.

Niestety. Moim zdaniem w gdańskim samorządzie jest za dużo polityki, to przekłada się też w pewien sposób na codzienność gdańszczan. Kacper chce z tym skończyć. On nikogo nie nienawidzi, nikim nie gardzi. Jest w stanie rozmawiać z każdym, szukać porozumienia. Widać, że w ostatnich miesiącach skupił wokół siebie różne środowiska, także takie, które dotąd ze sobą nie współpracowały.

Krytycy powtarzają, że Kacper Płażyński jest za mało doświadczony, by być dobrym prezydentem Gdańska.

To nieprawda. Doświadczenie nie musi oznaczać 20 lat spędzonych w ratuszu. Prezydentem miasta powinien być dobry manager, ktoś, kto potrafi zebrać wokół siebie ekspertów, dobrze zarządzać pracą wielkich zespołów ludzi. Kacper ma doświadczenie w biznesie, jako prawnik obsługiwał duże podmioty gospodarcze. Ma też coś, czego brakuje tym „doświadczonym” – mnóstwo energii i zapału do pracy. Ja to obserwuję codziennie.

Podczas warszawskiej konwencji PiS Pani mąż mówił o tym, że pora przywrócić w Gdańsku wiarę w służbę publiczną. Co to znaczy dla Pani?

To znaczy, że trzeba nawiązywać do najlepszych tradycji życia publicznego a nie do tych gorszych, jak dziś. Kacper wyniósł wiele z rodzinnego domu. Tam słyszał, że służba publiczna to wielkie wyzwanie i wielka odpowiedzialność. Przesiąkł tymi ideałami i dziś stara się je realizować. Myślę, że dzięki atmosferze, w jakiej się wychowywał mój mąż, jest po prostu dobrym człowiekiem. Mówię to jako jego żona. Jako gdańszczanka, osoba również aktywna społecznie czy politycznie mogę dodać, że czym więcej takich ludzi będzie w naszym życiu publicznym, tym lepiej.