Mydlana bańka Amber Gold. Co o złocie wiedziała zaufana dyrektor Marcina P.?

/ Twitter.com/@KancelariaSejmu

  

W momencie, kiedy [Marcin P.] się wytłumaczył, że [wielokrotne prawomocne wyroki] są to błędy młodości, wszystko dobrze działało, klienci otrzymywali pieniądze, staraliśmy się, żeby wszystkie dokumenty były zaopiniowane przez mecenasów - mówiła dziś była dyrektor Departamentu Produktów Amber Gold Małgorzata Kin-Kaczmarek przed sejmową komisją śledczą.

- Pracę w spółce Amber Gold zaczęłam w 2010 r. w marcu. Zaczęłam pracę w dziale pożyczek, a po kilku miesiącach zaczęłam prace z projektem związanym z tworzeniem aplikacji służącej do sprzedaży i obsługi posprzedażowej produktów. Jednocześnie zajmowałam się też szablonami dokumentów w momencie, kiedy musiały być dokonywane jakieś zmiany

- mówiła świadek. Dodała, że dyrektorem departamentu została dopiero w styczniu 2012 r..

Jak zaznaczyła, kiedy rozpoczynała pracę w firmie, zatrudnionych było w niej ok. ośmiu osób. Dodała jednocześnie, że przed rozpoczęciem pracy w Amber Gold nie znała Marcina i Katarzyny P. oraz mec. Łukasza Daszuty, bliskiego współpracownika P. Później ich relacje - jak zeznała - były wyłącznie służbowe.

- Bardziej współpracowałam z Marcinem P.

 - podkreśliła.

Krajewski, kontynuując wątek obowiązków świadka w firmie pytał m.in. czy pytała swoich szefów skąd Amber Gold posiada kapitał na udzielane pożyczki. Jak wskazał, Amber Gold udzielił pożyczek na kwotę 11 mln zł. Kin-Kaczmarek tłumaczyła, że Marcin P. przekazał jej informację, iż firma udziela pożyczek ze środków z linii kredytowej w banku BGŻ, z którym ma podpisaną umowę. "Takie miałam informacje" - mówiła świadek.

Poseł PiS pytał, kiedy Kin-Kaczmarek dowiedziała się, że Amber Gold udziela pożyczek ze środków z wpłat klientów na tzw. lokaty.

- Takiej informacji nigdy nie uzyskałam

 - przekonywała świadek.

Jarosław Krajewski pytał Kin-Kaczmarek także o to, czy miała dostęp do pełnej dokumentacji firmy Amber Gold. Wyjaśniła, że miała dostęp do programu AGNet związanego z umowami zawieranym z klientami.

- Jeśli chodzi o kwestie księgowe, to nie miałam pełnego dostępu (...) kwestie typowej księgowości były w gestii Marcina P.

 - poinformowała.

Poseł pytał też, kiedy dowiedziała się, że firma Amber Gold nie kupuje złota, które miałoby być realizacją umów z klientami na tzw. lokaty.

- Cały czas byliśmy zapewniani, że to złoto jest kupowane, tak jak podpisujemy umowy z klientami. W momencie kiedy już była upadłość spółki i weszło ABW, to wtedy te informacje pojawiły się w prasie

 - odpowiadała Kin-Kaczmarek.

- Do końca państwo P. zapewniali nas, że tak jest. W momencie kiedy już rozpoczęły się problemy firmy, czyli zaczynały być zamykane rachunki bankowe i pan Marcin P. twierdził, że ma problem z oddawaniem pieniędzy klientom, to na jednym ze spotkań pani Katarzyna P. stwierdziła, że jakby mogła, to pokazałaby to całe złoto dziennikarzom - żeby im po prostu zamknąć usta i żeby klienci byli przekonani, że wszystko jest dalej w porządku, ale kwestie bezpieczeństwa im na to nie pozwalają

- mówiła.

Przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS) pytała m.in. o dane w systemie AGNet - czy wskazywały ile złota kupiono dla poszczególnych klientów, ale także o umowy między klientami a Amber Gold i czy świadek wiedziała, że firma nie kupuje złota. Według wyjaśnień przesłuchiwanej z umów tych miało wynikać, że właścicielami złota są klienci.

- Jak zaczęłam pracować, to była mowa, że złoto jest przechowywane w skrytkach banku BGŻ

 - tłumaczyła.

Dodała, że system AGNet miał zawierać informacje dotyczące umów. "Więc jeśli chodzi o gospodarkę magazynową i takie szczegółowe informacje, to tam tego nie było" - powiedziała.

- Kiedy się pani zorientowała, że to jest piramida finansowa?

 - pytała Wassermann.

- Po tym, jak weszło ABW i też dziennikarze podawali kolejne informacje. Do końca państwo P. trzymali dobrą minę, zapewniali nas, że wszystko jest OK., że to są przejściowe problemy

- odpowiedziała. Jej zdaniem P. wykorzystali fakt, że pracownicy Amber Gold mieli bardzo dużo pracy. "Może po prostu nie było już siły, żeby się zastanawiać nad niektórymi rzeczami" - mówiła. 

Wiceprzewodniczący komisji Jarosław Krajewski pytał, kiedy świadek się dowiedziała o tym, że prezes Amber Gold Marcin P. był osobą wielokrotnie karaną prawomocnymi wyrokami m.in. za oszustwa. Kin-Kaczmarek mówiła, że "w momencie, jak zaczęła pracować, to chyba po paru miesiącach pojawił się artykuł w Gazecie Wyborczej". Jak dodała, wtedy państwo P. zrobili spotkanie z pracownikami, na którym Marcin P. powiedział, że "to są błędy młodości".

- W momencie, kiedy się wytłumaczył, (że są to) błędy młodości, wszystko dobrze działało, klienci otrzymywali pieniądze, staraliśmy się, żeby wszystkie dokumenty były zaopiniowane przez mecenasów

 - podkreśliła.

Kolejnym wątkiem, który poruszała komisja, była sprawa funduszu poręczeniowego AG, który miał służyć do poręczenia lokat do sumy 250 tys. zł. Jak mówiła świadek, według tego, co pamięta, ten fundusz powstał w 2012 r., a jego prezesem był Marcin P. Sami pracownicy mieli się dowiedzieć o funduszu od samego Marcina P. e-mailowo. Procent z wpłat klientów - jak mówiła - miał być przelewany na konto funduszu.

Krajewski pytał świadek, czy nie miała zastrzeżeń, że środki klientów Amber Gold będą gwarantowane przez spółkę-córkę. Kin-Kaczmarek odpowiedziała, że "umowa była zaopiniowana przez prawnika, więc nie miała do niej żadnych zastrzeżeń".

Krajewski dopytywał, czy dla świadek było wiarygodne, że Marcin P. jako szef funduszu poręczeniowego AG gwarantuje szefowi Amber Gold Marcinowi P., że w momencie gdy firma Amber Gold upadnie, będzie płacił środki klientom wpłacone na tzw. lokaty w złoto. Świadek powtórzyła, że wydawało jej się wszystko w porządku, bo na umowie był podpis prawnika.

- Nikt wtedy nie zakładał, że coś złego będzie się działo z firmą, skoro wszystko dobrze funkcjonowało

 - mówiła. 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Połamane tabernakulum, kradzież hostii, odwrócony krzyż. Bandyci zdemolowali kościół we Francji!

Zdjęcie ilustracyjne / Tomasz Adamowicz / Gazeta Polska

  

Kościół w niewielkiej miejscowości Tonnay-Charente w departamencie Charente-Maritime w zachodniej Francji został zbezczeszczony – poinformował biskup La Rochelle i Saintes. Połamano tabernakulum, a hostię i monstrancję - skradziono. To dopiero początek zniszczeń, jakich dokonano. Wygląda na to, że zniszczeń w świątyni dokonano celowo.

"Tabernakulum zostało połamane, a hostia oraz monstrancja zostały skradzione"

- poinformował biskup La Rochelle i Saintes, Georges Colomb.

"Posągi zostały rozbite, krzyż Chrystusa został obalony i odwrócony, figura św. Józefa niosącego Dzieciątko Jezus została ścięta. Jest to obrazą dla katolików"

- podkreśla Colomb.

"Kościół w Tonnay-Charente został zbezczeszczony celowo. Nie chodzi o zwykłe włamanie czy kradzież"

– informują lokalni przedstawiciele kościoła katolickiego.

"Do zdarzenia doszło w sobotę około godziny 18.00, na kilka minut przed przybyciem wiernych do kościoła"

- powiedział agencji AFP burmistrz miasta Eric Authiat. Lokalne władze dziś złożyły prośbę do konserwatora zabytków o renowację kościoła.

Kościół do czasu zakończenia śledztwa został zamknięty, a zaplanowane msze i pogrzeby przeniesione do kościołów sąsiedniego miasta Lussant. Dochodzenie w sprawie zbezczeszczania kościoła w Charente-Maritime prowadzi policja w miejscowości Rochefort.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl