"Rojst": bagno, które wciąga. RECENZJA

Jeszcze do niedawna wśród części kinomanów panowało przekonanie, że rodzime kino nie zasługuje na większą uwagę, a polski serial to synonim telenoweli pokroju „Klanu”. Czy świetnie nakręcony „Rojst” przełamie ten stereotyp?

Kadr z serialu "Rojst"
fot. mat.pras.

Choć za nami dopiero cztery odcinki „Rojstu” (a w momencie zamykania tego wydania „GP” – dwa), wokół najnowszej propozycji platformy Showmax narosła gęsta atmosfera, z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, sam Showmax zrobił widzom małą niespodziankę, informując o serii dopiero w momencie, gdy rozpoczęły się już zdjęcia do „Rojstu”. Uwagę od początku przykuwała również obsada z Andrzejem Sewerynem, Dawidem Ogrodnikiem i Piotrem Fronczewskim na czele. Trzecim powodem i swego rodzaju wisienką na torcie był wypuszczony do sieci tuż przed premierą serialu klip z coverem „Wszystko, czego dziś chcę” Izabeli Trojanowskiej w wykonaniu Moniki Brodki. Popularny hit z lat 80. uwspółcześniony elektronicznymi brzmieniami i dopełniony sensualnym, przyprawiającym o dreszczyk grozy teledyskiem porównywany był nawet do klipów towarzyszących zeszłorocznemu wielkiemu powrotowi Davida Lyncha i jego „Miasteczka Twin Peaks”. I o ile zestawienie z lynchowskim klasykiem zdaje się tu nieco na wyrost, z całą pewnością można stwierdzić, że „Rojst” z sukcesem zapoczątkował pewien trend, który przy sprzyjających wiatrach może skierować status polskiego serialu na nowy, nieznany dotąd kurs.

Dobre i polskie

„Rojst” jest obecnie w czołówce najchętniej oglądanych produkcji – mówi nam Magdalena Marzec z polskiego oddziału Showmaxa. Na nasze pytanie, co sprawiło, że firma zainteresowała się właśnie tym tytułem, Marzec wyjaśnia: „Zgłosiło się do nas studio KADR, które od dłuższego czasu rozwijało ten projekt. Kiedy dyrektor ds. treści Jurek Dzięgielewski oraz dyrektor zarządzający Showmax Maciej Sojka poznali ten projekt oraz jego pomysłodawcę – Janka Holoubka, od razu zobaczyli w nim ogromny potencjał. Wspólnie zaczęliśmy udoskonalać ten serial i tak powstał finalnie «Rojst»”.

Byłoby nieuczciwym stwierdzić, że do tej pory nie mieliśmy w Polsce ambitnych współczesnych seriali. Przykłady wyprodukowanych przez HBO „Watahy” czy niedawnego „Belfra” świadczą o tym, że Polacy mają potencjał, by konkurować z najlepszymi. W czym więc tkwi fenomen „Rojstu”? Może w tym, że powstał we współpracy z jednym z największych streamingowych potentatów, a jego fabuła bardzo mocno czerpie z klimatu lat 80-tych, które w ostatnim czasie tak mocno ożyły we współczesnej popkulturze (o czym pisaliśmy już na łamach „GP” przy okazji serialu Netfliksa „Stranger Things”). Wspomniana doborowa obsada i intrygująca kampania (serial reklamuje hasło „Witaj w polskim bagnie”) tylko dopełniły ten sukces.

Rojst, czyli co?

Tytułowy rojst to nic innego jak podmokły teren, bagno. Termin ten świetnie ilustruje to, z czym przyszło zmierzyć się bohaterom serialu Jana Holoubka (syna słynnego Gustawa): tajemnicze morderstwa, walki lokalnych gangów, małe sekrety wielkich ludzi, a to wszystko w mrocznej, mistrzowsko oddanej atmosferze PRL-u, który z całą paletą charakterystycznych absurdów i szarości zdaje się być cichym bohaterem serialu. Jest rok 1984, a z fabuły  można wywnioskować, że akcja toczy się w mieście na zachodzie Polski. Kiedy w tajemniczych okolicznościach giną miejscowa prostytutka i działacz partyjny, wszyscy są zgodni co do tego, że sprawę trzeba szybko zamknąć. Sprawa komplikuje się, gdy dochodzi do podwójnego samobójstwa nastolatków, a w redakcji lokalnego „Kuriera Wieczornego” pojawia się młody i ambitny dziennikarz Piotr Zarzycki (Dawid Ogrodnik). To właśnie on zainicjuje tajne dziennikarskie śledztwo, a z pomocą przyjdzie redaktor Witold Wanycz (Andrzej Seweryn). Schemat jest wręcz banalny – oto młody i niepokorny redaktor chce stawić czoła zakłamanej machinie komunistycznej bezpieki i z pomocą nieco zgorzkniałego kolegi po fachu za wszelką cenę dojść do prawdy. Mimo tego schematycznego zagrania, twórcom udaje się stworzyć pociągający, wielowymiarowy obraz. Serial dobrze oddaje niebezpieczeństwa i absurdy PRL-u, wplatając w motyw kryminalny nie tylko partyjne układy, ale i osobiste wątki bohaterów. Dobrze znany z obsypanej deszczem nagród  „Ostatniej rodziny” Jana P. Matuszyńskiego duet Seweryna i Ogrodnika po raz kolejny sprawdza się (choć, jak na razie głównie za sprawą tego pierwszego – klasa sama w sobie!). Postać grana przez Fronczewskiego przemyka przez kadry jak cień, raz strasząc, raz bawiąc – jak podczas sceny, w której aktor siedzi w klubie, słuchając… Franka Kimono.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

„Naszą strategią jest inwestowanie w polskich twórców i docelowo chcielibyśmy produkować polskie filmy i seriale na pełen etat” – zdradza w rozmowie z „GP” Magdalena Marzec z Showmax. To dobra wiadomość. Mimo że „Rojst” nie jest wolny od słabości – jak wspomniane fabularne schematy, wyjątkowo kiepsko napisana rola Zofii Wichłacz (skądinąd świetnej aktorki) jako żony Zarzyckiego, czy wreszcie toporne dialogi bohaterów, ma w sobie coś, co wciąga, niczym tytułowe błoto. Z niecierpliwością czekam więc na kolejne odcinki i już robię w głowie miejsce na kolejne porcje rozrywki z metką „made in Poland”.

NIE PRZEGAP: Tekst Magdaleny Fijołek i inne teksty dotyczącej kultury w „Gazecie Polskiej” nr 36 (1308) z 5 września 2018 r.

 
Autor: Magdalena Fijołek
 

 

 


Źródło: Gazeta Polska, www.gazetapolska.pl

#Rojst #serial #Ogrodnik #seweryn

Magdalena Fijołek
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo