- Co najmniej sześć osób zostało rannych w poniedziałek wieczorem podczas demonstracji kilku tysięcy zwolenników lewicy i prawicy w Chemnitz, jednak noc minęła bez dalszych incydentów - poinformowała miejscowa policja.

Uczestnicy demonstracji w centrum ponad 200-tysięcznego miasta rzucali zapalone fajerwerki, butelki i inne przedmioty.

Według relacji w mediach społecznościowych protestujący wielokrotnie próbowali przedrzeć się przez kordon policji, oddzielający uczestników przemarszu zdominowanego przez zwolenników prawicy od manifestacji sojuszu "Chemnitz wolne od nazistów". W tłumie pojawili się także zamaskowani osobnicy.

Policja przetransportowała na miejsce protestów armatki wodne, ale - jak poinformowano później - ostatecznie nie zostały one użyte.

Rzecznik policji przyznał, że była przygotowana na mniejszą liczbę protestujących. Mimo zapewnień, że "akcja przebiegła bez zakłóceń", media podają, że funkcjonariuszom z trudem udało się opanować sytuację.

Problem braków kadrowych w policji poruszył szef jej związku zawodowego (GdP) Oliver Malchow w rozmowie opublikowanej przez dziennik "Neue Osnabruecker Zeitung". Według GdP państwo niemieckie częściowo ponosi winę za odwetowe ataki w Chemnitz na migrantów, ponieważ od lat redukuje zatrudnienie w policji. Związkowcy domagają się stworzenia 20 tys. etatów.


Agencja dpa zwraca uwagę, że nastroje antyimgranckie narastają w Niemczech od czasu decyzji Angeli Merkel z 2015 roku, kiedy kanclerz zdecydowała się otworzyć granice dla cudzoziemców z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.

Komentując wydarzenia z Chemnitz, niemiecka prasa ostrzega przed spiralą przemocy oraz podkreśla rolę państwa w zapewnianiu bezpieczeństwa.