W 2016 roku Gazeta Wyborcza, piórem swojego eksperta od Rosji, Wacława Radziwinowicza, krytykowała pisarzy ukraińskich za wstrzymanie zaproszenia Zachara Prilepina m.in. na Festiwal Conrada w Krakowie. „Rzeczpospolita” pozytywnie recenzowała jego powieść o łagrze na Wyspach Sołowieckich „Klasztor”. „Jeśli ktoś lubi literaturę obozową to warto” – podają sobie czytelnicy z ust do ust rekomendację na amatorskich blogach i w komentarzach. Tak oto sprawnym piórem Prilepina na salony literackie Europy wchodzi tęsknota za wielką, krwawą Rosją, Józefem Stalinem i masowymi morderstwami. Bo w Rosji nic nie jest pozbawione ideologii, a powieści współczesne zwłaszcza.

Pisarz z karabinem

(…) Prilepin tłumaczy swój stosunek do ludzi Lenina: „Nie przepadam za władzą sowiecką (…) Tylko że szczególnie nie lubi jej pewien typ ludzi, którymi z zasady się brzydzę. (…) I to mnie z nią godzi”. O jaki typ chodzi? Z całej twórczości Rosjanina jasno wynika, że jest on wrogiem demokracji, Zachodu, zwłaszcza Ameryki, przeciwnikiem konsumpcjonizmu, liberalizmu pod każdą postacią. Wzbudza sympatię Rosjan za epizodyczną karierę w Specnazie, za służbę w wojnach czeczeńskich, a ostatnio za uczestnictwo w wojnie w Donbasie.

Zdewastowani Rosjanie

Prilepin nie musiał wnikliwie się rozglądać, by znienawidzić Federację Rosyjską. W jego powieściach państwo i społeczeństwo funkcjonują w totalnym rozkładzie: alkoholizm trawi cały naród, bieda i brak perspektyw są podłożem dla korupcji i urzędniczego konformizmu.

„- A ty myślałeś, że to wszystko na poważnie?” – zapytał jeden z bohaterów „Sańkji”, gdy nacbole zaczęli zdobywać broń „– Co na poważnie? – obrócił się Wienia. – To… ich… państwo – z nadzwyczajną pogardą wymówił Oleg”. Ale u Prilepina szwankują nie tylko służby mundurowe, urzędy i gospodarka (pisarz ostatnio wyliczył na blogu, że w latach 80-tych można było więcej kupić za zarobione ruble niż dzisiaj), ale nawet prostytutki biorą pieniądze za usługi, a później wzywają alfonsów, by dali po mordzie nieobsłużonemu klientowi. W Rosji nie działa absolutnie nic – stąd też radykałowie mogą wzywać rodaków do rozlewu krwi. „Twój naród – mówi intelektualista Bezlietow w „Sańkji” – jest niepoczytalny. Żeby się o tym przekonać, wystarczyło podsłuchać dowolną rozmowę w autobusie… Myślisz, że temu narodowi, w połowie złożonemu z emerytów, a w połowie z alkoholików, potrzebna jest gleba?” – pyta uczony, mając na myśli ziemię, przestrzeń do życia i działania dla Rosjan wierzących w Rosję. A jak oni „przypomną sobie o swojej wielkości, która stoczyła się pod stół, o losach Ojczyzny (…) wtedy zaczną sobie nawzajem puszczać krew. I puścicie jej tyle, że zalejecie pół kontynentu”.

(…)

„Proletariat jest lepszy od Chrystusa”

(…)

I spośród niewielu propozycji, omawianych przy wódce w rosyjskich knajpach, oprócz różnych wariantów wizji eurazjatyckiej historyka Lwa Gumilewa czy Aleksandra Dugina, jest także powrót do jakiejś formy bolszewizmu – formy narodowej.

(…)

Zdaniem rosyjskich krytyków stanu mateczki Rossiji kryzys nie trwa ani od czasów sowieckich, ani od czasów ostatnich carów, bo jego korzenie tkwią już być może w XVII stuleciu. „Tak sobie myślę… że stąd, z Sołowek, świętość odeszła jeszcze w czasach [cara] Aleksego Michajłowicza; - opowiada komendant łagru - w 1666 roku klasztor zbuntował się przeciwko reformie Nikona. Został zdobyty po dziesięciu latach oblężenia (…) Od tego czasu nie było już na Sołowkach anie wielkich anachoretów, ani świętych. Przez ponad dwieście lat klasztor dryfował na fali – to długi okres. Jakby się do czegoś szykował. (…) teraz nadszedł czas nowych obrońców wiary. Rosyjska cerkiew odrodzi się na nowo właśnie tutaj. (…) jaka tu była duszna atmosfera przed przyjściem bolszewików”.

Prilepin wyjaśnia, że koszta totalitaryzmu nie były aż tak wielkie, że bez nich byłoby jeszcze gorzej. „Jedno to wywieźć na Kamczatkę wagon Bałtów, którzy wpadliby w łapy Hitlera, gdyby nie pojawił się czerwonoarmista w uszance, a co innego zrzucić bombę na miasto z dziećmi i wszystkich od razu zabić” – mówi jeden z bohaterów „Sańkji” w skazując, żadna nowość u Rosjan, że gorsi od Sowietów byli i są Amerykanie. A gdy w dialogach wskazuje się na inne ludobójstwa, bohaterowie przekonują się, że i tak rodzili się nowi ludzie – a przecież potwierdza to nawet demografia, w ZSRS nadal więcej ludzi się rodziło niż umierało. Bilans i matematyka przyzwalają więc na masowe mordy!

(…)

Skoro okazuje się, że w Rosji w której za krytykę prezydenta można w nieznanych okolicznościach trafić do piachu, np. w rocznicę urodzin Władimira Putina, to swoboda i sukcesy takiego oto działacza „zdelegalizowanego” ruchu mogą świadczyć tylko o jednym: kolejna mistyczna ideologia mająca szarpnąć cuglami rosyjskiego społeczeństwa jest już w drodze. W końcu wybije godzina, gdy ktoś z komnat Kremla po nią sięgnie i wprowadzi w życie.