Pojawienie się w rodzimej ofercie takich gigantów VoD (z ang. „video on demand” - wideo na żądanie) jak Netflix, Showmax, czy HBO GO sprawiło, że Polacy na nowo pokochali seriale, a sam gatunek zyskał renomę i radykalnie zerwał z łatką rozrywki niskich lotów. Współczesne seriale nierzadko przypominają małe dzieła sztuki - dopracowane w każdym calu pod względem technicznym, z fabułą wciągającą i uzależniającą niczym narkotyk i świetnie dobraną obsadą, do której coraz częściej dołączają gwiazdy międzynarodowego formatu. - Wierzę, że dobre kino zawsze się obroni, a ogromne platformy streamingowe mu nie zagrożą - mówił jeszcze rok temu w Warszawie Luc Besson. „Oby!” - chciałoby się rzec. Co nie zmienia faktu, że magia kina już dawno przestała być domeną wielkich sal z panoramicznymi ekranami, trafiając pod strzechy i podbijając serca kinomanów na całym świecie, również w Polsce.

Odkurzona klasyka

Nieprzerwanie od 2010 roku do dziś triumfy święci wyprodukowany przez BBC One „Sherlock” (w Polsce oglądać go można na Netfliksie, był emitowany również w telewizyjnej Dwójce). Jak dotąd, powstały cztery sezony serialu opartego kryminalnych opowiadaniach Arthura Conana Doyle’a, a wcielający się w detektywa Holmesa Benedict Cumberbatch zyskał międzynarodową sławę. Podobnym tropem - odkurzenia dobrze znanej wszystkim klasyki - poszli twórcy bijącej rekordy popularności serii „Ania, nie Anna”, opartej na „Ani z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Co prawda, przygody serialowej Ani nieco różnią się od literackiego pierwowzoru (m.in. wyraźnym i charakterystycznym dla netfliksowych produkcji ukłonem w stronę mniejszości seksualnych), a sama Ania jawi się nam jako bujająca w obłokach feministka, ale sposób, w jaki unowocześniono historię tego rezolutnego i przesympatycznego rudzielca z Avonlea, powinien zachwycić nawet najbardziej zagorzałego konserwatystę. Chociażby za sprawą pięknych widoków Wyspy Księcia Edwarda i pachnącego wypiekami Maryli Cuthbert Zielonego Wzgórza. Na razie powstały dwa sezony „Ani”. Drugi, najnowszy, trafił na Netfliksa 6 lipca.

Netflix jest kobietą

Lwia część produkcji wypuszczanych przez Netflix, jak choćby wspomniana wyżej „Ania, nie Anna”, poświęcona jest losom kobiecych bohaterek. Na taką tematykę musi być popyt, inaczej trudno byłoby wytłumaczyć sukces serialu „Orange Is The New Black” opowiadającego o osadzonych w żeńskim więzieniu Litchfield w USA. Opowieść o trafiającej za kratki Piper Chapman (w tej roli fenomenalna Taylor Schilling) - blondynki o aparycji anioła i śledzenie wpływu więziennego rygoru na jej psychikę dostarcza niemal socjologicznej wiedzy na temat schematów regulujących życie tego specyficznego mikroświata, z dramatem matek, żon, córek i ich rodzin w tle. Najnowszy, szósty już sezon „Orange…” trafił na Netfliksa 27 lipca. Ciekawostką może być fakt, że w Polsce nową odsłonę serii promowała… Magda Gessler, a filmik, w którym mistrzyni „Kuchennych rewolucji” rozmawia z jedną z bohaterek serialu, szybko stał się hitem internetu.

CZYTAJ WIĘCEJ: I wtedy wchodzi ona, cała na pomarańczowo. Gessler kradnie show Netfliksa. WIDEO

W kobiecą narrację inwestują również inne platformy - Showmax zanotował ogromny sukces, udostępniając opartą na książce Margaret Atwood „Opowieść podręcznej” - futurystycznej, antyutopijnej (i momentami mocno przejaskrawionej) opowieści o świecie, w którym brutalnie łamane są prawa kobiet. Serial można obejrzeć również na HBO GO. Ta sama platforma podbiła serca widzów „Wielkimi kłamstewkami” - klimatycznym dramatem o rodzicielskich i małżeńskich wyzwaniach, opowiedzianym z perspektywy trzech bohaterek. Drugi sezon obsypanego nagrodami (cztery Złote Globy, osiem statuetek Emmy) serialu z Nicole Kidman, Reese Witherspoon i Shailene Woodley serialu - tym razem również z Meryl Streep w obsadzie - pojawi się w HBO w przyszłym roku. Wisienką na torcie prokobiecego trendu będzie szósty sezon kultowego już  „House of Cards”, w którym to kobieta Claire Underwood (Robin Wright) stanie na czele imperium Stanów Zjednoczonych. Ostatni, wieńczący serię sezon ma pojawić się na Netfliksie jeszcze w tym roku. Oczekiwanie na epilog podgrzewa fakt, że w serialu nie zobaczymy już wcielającego się w prezydenta USA Franka Underwooda Kevina Speaceya. Współpracę z aktorem zakończono po ujawnieniu seksskandali z jego udziałem.

Wehikuł czasu

Imponującym powodzeniem cieszą się produkcje bawiące się konwencją czasu. Świadczą o tym sukcesy takich tytułów jak „Black Mirror” (którego fenomen opisywaliśmy już na łamach „GP”), niemieckiego „Dark”, czy wreszcie „Stranger Things”. Ten ostatni serial urzekł widzów powrotem do stylu vintage: uroczo „paździerzowe” brzmienie analogowych syntezatorów, pojawiające się w tle akcji hity grup Toto, The Clash i Joy Division sprawiają, że oprócz świetnej fabuły, serial odbieramy jako „list miłosny do lat 80-tych”, jak określają swoje dzieło sami twórcy, bracia Matt i Ross Duffer. Premierę trzeciego sezonu „Stranger Things” Netflix zaplanował na lato 2019 roku.

Dobre i polskie

A skoro o klimatycznych latach 80. mowa, nie można pominąć dwóch polskich produkcji, które niebawem będziemy mogli obejrzeć na Showmaksie i Netfliksie. Pierwsza z nich to serial „Rojst” z Andrzejem Sewerynem i Dawidem Ogrodnikiem (czyli duetem, który już w „Ostatniej rodzinie” pokazał klasę) opowiadający o tajemniczym morderstwie, w które zamieszani są działacze partyjni. Drugi serial to „1983”, czyli ośmioodcinkowa opowieść o kulisach - jak to opisują twórcy -  „spisku, który zmienił bieg historii Polski i pozwolił utrzymać żelazną kurtynę”. Tu z kolei zobaczymy m.in. Roberta Więckiewicza w roli skorumpowanego oficera i Macieja Musiała jako pełnego ideałów studenta prawa. Słowem - jest na co czekać!

CZYTAJ TEŻ: Morderstwo i Polska lat 80-tych w serialu Showmaxa. O tej serii może być głośno!

Tekst Magdaleny Fijołek został opublikowany w tygodniku „Gazeta Polska”, nr 32, z 8 sierpnia 2018 r.