Za  trzy tygodnie skończy 30 lat, a o  show-biznesie wie wszystko. Ma  znakomity głos i  świetnie interpretuje popowe piosenki z  nurtu dance. Pochodzi z  Będzina, ale jako nastolatek przeniósł się do  Kożuchowa. Tam oraz w  Nowej Soli (bardzo prężny ośrodek kultury muzycznej) szlifował swój warsztat. Rozwijał się zarówno w  dziedzinie muzyki pop, jak i  folklorystycznej –  był wokalistą i  tancerzem w  zespole Lubuskie Słoneczko. Sześć lat temu skończył z  wyróżnieniem dwuletnie Studium Piosenkarskie im. Czesława Niemena przy Zespole Szkół Muzycznych w  Poznaniu, wziął udział w  blisko 30 festiwalach, w  wielu zdobył główne nagrody. Kiedy brylował w  Opolu, gdzie wraz z  Justyną Panfilewicz w  duecie zostali uznani za  najlepszych debiutantów (2015), kiedy śpiewał w  finale „Bitwy na  głosy” w  drużynie Urszuli Dudziak i  kiedy był dwukrotnym uczestnikiem programu „Szansa na  sukces”, wydawało się, że  wszystkie drzwi stoją przed nim otworem. Nic bardziej błędnego. Sam nie jest w  stanie zliczyć, ile razy usłyszał: „nie jesteśmy zainteresowani”. Wreszcie sam postanowił zostać swoim wydawcą. Nie musiał więc mizdrzyć się do  decydentów z  pieczątkami. Dzięki temu „Zawsze pod wiatr” w  swoim tytule zawiera głębszą prawdę o  życiu niezależnego twórcy.

Kiedy słuchamy tych 12 piosenek (na  finał rarytas, bardzo ciekawe wersja „Białej armii” Bajmu), zadajemy sobie pytanie, co  musi się stać, aby wokalista niczym nieustępujący głosom brylującym na  radiowych playlistach, a  często śpiewający znacznie lepiej od  nich, zaistniał w  krwiobiegu show-biznesu? To  znakomity, nowocześnie brzmiący krążek, w  atrakcyjnej estetyce modnego popu z  elektrycznym fundamentem, tak typowym dla skandynawskich tanecznych klimatów. Otwierające całość dynamiczne „Placebo” podobnie jak utwór tytułowy śmiało mogłyby być ozdobą letnich tanecznych imprez. Nie gorzej w  tym gronie wypada „To  tylko chwila”. Kolejny typ na  hit. Kiedy trzeba, Wawrzyńczyk potrafi być liryczny, jak choćby w „Daleko od  ciebie” czy w  „Małym chłopcu”, bądź refleksyjny, jak w  znanym z  radiowych playlist singlu „Jeszcze wierzę”. Jak znakomity to  głos i  w dodatku wszechstronny, możemy się przekonać, słuchając ballady „Tylko serce kocha wiernie”. A  potem tylko wspomniana „Biała armia”. I  co  dalej? Dajcie szansę młodemu człowiekowi, posłuchajcie i  zapytajcie, dlaczego nie gra go wasze ulubione radio. Czy aby trafić do  naszych serc, musi mieć za sobą machinę fonograficznych globalnych potentatów, brylować na  rozkładówkach głupkowatych pisemek i  wypowiadać rozmaite tabloidowe brednie?

Rodzi się smutna refleksja, że  laur najważniejszego konkursu piosenki dla debiutantów w  naszym kraju w  zasadzie nie oznacza nic. Zdewaluował się do  cna. Gdzie są  Moa, Ogień czy bohater tej płyty? Dobrze, że  nie zniechęcają się i  biorą sprawy w  swoje ręce.