Ostro o żenującym spocie Trzaskowskiego: „Za niego, co najwyżej może się napić Kwaśniewski”

Skandaliczny spot Rafała Trzaskowskiego, nakręcony w ramach kampanii do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku, w którym wystąpił aktor - stojący pod ścianą z zawiązanymi oczami, a tuż przed rozstrzelaniem krzyczy: "Za Rafała" - wywołał falę oburzenia. Także Leszek Żebrowski, historyk, publicysta, pisarz, jasno w rozmowie z portalem niezalezna.pl powiedział co o tym myśli: "osoby, środowiska, instytucje, które symbole (kojarzone z męczeństwem - dop. red.) wykorzystują w celach niezgodnych z ich przeznaczeniem, powinny być bardzo ostro bojkotowane".

twitter.com/screenshot/@Hakados1

CZYTAJ WIĘCEJ: Żebrowski tłumaczy się z ohydnego spotu. Naprawdę myśli, że ktoś to kupi?

Jak ocenia Pan wykorzystywanie w kampaniach politycznych tych symboli, które kojarzą się z męczeństwem i bohaterstwem Polaków z czasów Powstania 1944 r. w taki sposób, jak zrobił to w swoim klipie wyborczym Rafał Trzaskowski?
Symbole nie są szczególnie chronione w taki sposób, aby nie można ich było wykorzystywać. Są własnością ogólnonarodową, a nie poszczególnych ekip rządzących, czy instytucji. Ale elementarne zasady powinny obowiązywać i zobowiązywać. Przede wszystkim - nie powinno się ich wykorzystywać w jakichkolwiek kampaniach reklamowych, czy w tandetnej propagandzie. To zasady moralne, jakie powinny nami kierować. Osoby, środowiska, instytucje, które te symbole wykorzystują w celach niezgodnych z ich przeznaczeniem, powinny być bardzo ostro bojkotowane. Jeśli kandydat do urzędu prezydenta Warszawy, działacz i polityk PO to robi, a jego środowisko temu przyklaskuje, to bojkot powinien objąć w zasadzie ich wszystkich. Nie tylko bojkot polityczny, ale również towarzyski i środowiskowy. Nie wolno w tzw. przestrzeni publicznej pozwalać na deprecjonowanie symboli narodowych, znaków męczeństwa Polaków do tak przyziemnych celów, w dodatku w sposób niezwykle idiotyczny i prymitywny. Za Rafała nie chcemy ginąć! Co najwyżej za Rafała to mogą się napić Kwaśniewski, Schetyna, Komorowski etc.

Wiadomo, że niektóre środowiska nie darzyły nigdy szczególnym szacunkiem idei Powstania Warszawskiego - tym bardziej zastanawia budowanie wizerunku na czymś, z czego w zasadzie się szydzi i drwi.
Nie muszą. To sprawa patriotyzmu i wrażliwości. Ludzie, którym obca jest wola wolności i niepodległości (choć tymi pojęciami szafują, jak pospolitymi sloganami), nigdy nie utożsamiali się z ideałami Polskiego Państwa Podziemnego, celami Powstania Warszawskiego, czy Żołnierzami Wyklętymi, czyli uczestnikami Powstania Antykomunistycznego. Ale pamiętajmy o tym, że oni szukają potencjalnych wyborców i zrobią prawie wszystko, aby się do nich przymilać i udawać wspólnotę. Robią to jednak w najbardziej toporny sposób, jak tylko można to sobie wyobrazić. Może i dobrze, że nie potrafią tego robić lepiej, w ten sposób mniej mącą ludziom w głowach. 


W ubiegłym roku pojawiła się reklama z kokardką na środkowym palcu w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, 1. sierpnia. W kampanii pokazano środkowy palec tym, którzy będą chcieli obchodzić ten szczególny dzień. Czy te dwa chwyty marketingowe mogą mieć jakiś wspólny cel?
Tak, to szukanie taniego poklasku i znajdą go tam, gdzie on jest dla nich dostępny - w środowiskach marginesu politycznego i społecznego, bo nikt przy zdrowych zmysłach takiej obrzydliwej propagandy nie zaakceptuje. W tym roku wykorzystany został wizerunek Mike Tysona, który jest posiadaczem pokaźnych tatuaży komunistycznych morderców! To bardzo brzydki chwyt reklamowy, jeśli Polskę ma promować przestępca z takimi symbolami.

Z jednej strony próbujemy chronić nasze symbole i zrywy narodowe, które nas wyróżniają na tle świata (Bitwa Warszawska 1920 r., Bitwa pod Wiedniem, bohaterstwo powstańców 1944, Armia Krajowa, Żołnierze Wyklęci), ale czy historycy wystarczająco dbają o ten potencjał i nagłaśniają niepowtarzalny charakter i waleczność Polaków?
Nawet, gdyby zrobiono w tym zakresie bardzo dużo, to i tak ciągle za mało. Problem w tym, że nie zrobiono, w dodatku to środowisko milczy tam, gdzie powinno głośno krzyczeć. Mamy coraz więcej zakłamanych publikacji, w skrajnie zakłamany sposób fałszujących naszą przeszłość. Bezkarność choćby "Gazety Wyborczej", która splugawiła (przez fałszowanie źródeł historycznych!) Powstanie Warszawskie, sprowadzając je de facto do antysemickich ekscesów, jest tego dowodem. Co więcej, jej artykuły są traktowane niemalże jako objawienie, a to przecież propaganda wzorem z epoki stalinowskiej. Jeśli w kraju nie ma odpowiednich reakcji, to trudno się dziwić, że na zachodzie taki organ i jego wynaturzenia są traktowane jako elementarne źródło wiedzy. Z historią nie ma to nic wspólnego. Łatwo można się z takich fałszywych zarzutów wybronić, ale... Trzeba chcieć, trzeba przestać się bać, bo dziś praktycznie za obronę prawdy nic nie grozi. A jeśli historycy są zastraszeni i tulą uszy po sobie, to może powinni zmienić zawód? Mogą wybrać mniej ich stresujący.

Rozmawiała: Luiza Dołęgowska 

 

 


Źródło: niezalezna.pl,

#Leszek Żebrowski

Luiza Dołęgowska
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo