Wczoraj dotarła do nas z Grecji smutna informacja o śmierci wypoczywającej tam Polki i jej syna. Pierwsze napływające depesze mówiły o tragicznej ewakuacji z płonącego hotelu. 

- Z informacji, jakie mamy, z tego hotelu w godzinach nocnych zostali ewakuowani wszyscy klienci. Niestety, jedna z łodzi, w której przybywało 10 osób, w tym dwoje naszych klientów, oddaliła się niebezpiecznie od brzegu i zatonęła. Utonęło 10 osób, w tym dwoje naszych klientów

- mówił wiceprezes biura podróży Grecos, Janusz Śmigielski. 

CZYTAJ WIĘCEJ: Znamy szczegóły tragedii Polaków w Grecji. Zginęli razem z 8 innymi osobami

Tymczasem w rozmowie z TVP Info, mąż tragicznie zmarłej kobiety przybliżył, jak de facto wyglądała sytuacja związana z ratowaniem się ludzi z płonącego hotelu i działaniami hotelowego personelu.

- Nie poinformowano nas o zagrożeniu pożarem. Wyszedłem z hotelu, patrzę, a już w powietrzu unoszą się płonące strzępy. Spytałem na recepcji, co się dzieje, a pracownik powiedział: „Nic, nic, nic”. Mówię, że się pali. Cały hotel zaczął się palić. Kazano nam uciekać w ostatniej chwili

- mówił mężczyzna.

Dodał, że "nie było żadnej zorganizowanej ewakuacji, a wszyscy uciekali w popłochu". Pomoc - nadeszła właściwie już po fakcie.

-  Żona z dzieckiem wsiadła do łodzi (z innymi turystami), ja nie zmieściłem się. Widziałem jak odpływają. Byłem szczęśliwy, że się uratują – przyznał. Niestety, łódź zatonęła a jego bliscy utonęli

- relacjonuje mąż kobiety.

Jak wskazuje portal tvp.info, wielu ekspertów dość krytycznie ocenia akcję ratunkową w Mati. Portal podkreśla, że w miejscowości spłonęło ok. 2000 domów.

Według oficjalnych danych od poniedziałku w pożarach w Grecji zginęły co najmniej 74 osoby.