Bronię Trumpa!

  

Być w Waszyngtonie w czasie helsińskiego spotkania prezydenta Trumpa i pułkownika Putina – to jak być w środku tsunami. Byłem w amerykańskiej stolicy 10. raz w ciągu ostatnich dwóch lat, ale takiego gorącego politycznie lata nie pamiętam.

Antytrumpowska histeria liberalno-lewicowych elit politycznych i medialnych spotkała się z prawicową niechęcią części Republikanów do własnego prezydenta. Niektórzy politycy obozu władzy byli szczerze zawiedzeni pokojowym tonem wobec Rosji 45. prezydenta w dziejach USA, inni konkurenci Donalda Johna Trumpa do prezydentury, jak charyzmatyczny lider republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów, katolik Paul Ryan, potraktowali ów szczyt w Finlandii jako pretekst nawet nie tyle do personalnego ataku na gospodarza Białego Domu, co do pokazania innej drogi w polityce zagranicznej USA –   słusznej, zgodnej z odczuciami większości prawicowych wyborców. 

Reset Obamy i Helsinki Trumpa dzieli przepaść  

Gdy miejscowi pytają o moją reakcję na ten współczesny „appeasement” (to naprawdę nie jest aluzja do premiera Jej Królewskiej Mości Neville’a Chamberlaina i przedwojennego dealu z Hitlerem w Monachium), grzecznie odpowiadam, że mój kraj, Polska, chce współpracować z każdym prezydentem Stanów Zjednoczonych. I że Ameryka to strategiczny sojusznik Rzeczypospolitej i Trójmorza, ba, całej Europy. I że bliskie relacje transatlantyckie są fundamentem globalnej stabilności i ładu światowego. Po takiej zachowawczej nieco odpowiedzi przechodzę – jeśli jest wola słuchania po drugiej stronie – do porównania 2,5-letniej prezydentury republikańskiego prezydenta z tym samym okresem rządów jego demokratycznego przeciwnika.

To są konkrety: Obama – fatalny w skutkach reset w relacjach z Moskwą, oddanie Polski i całego naszego regionu w pacht Rosji w zamian za neutralność Kremla w sprawie Iranu i zaprzestanie przyjmowania palestyńskiego Hamasu, Trump – bazy amerykańskich i natowskich wojsk w naszym kraju i państwach bałtyckich, następnie stałe zwiększanie ich liczby, rezygnacja z pośrednictwa Niemiec w stosunkach USA–Unia, wymuszenie deklaracji podniesienia nakładów na obronność przez europejskich członków NATO.
To porównanie 30 miesięcy Donalda Johna Trumpa i 30 miesięcy Baracka Husseina Obamy jest miażdżące dla byłego prezydenta. Nie chodzi o to, który z nich w tym czasie – niespełna dwóch piątych swoich pierwszych kadencji – był dobry dla Polski, bo tu przewaga prezydenta nr 45 nad prezydentem nr 44 jest kolosalna. Chodzi o zasługi dla amerykańskiej polityki zagranicznej. Tutaj też ekipa Trumpa zdecydowanie wygrywa z tandemem Obama–Hillary Clinton.  

Ameryka Trumpa dąży do wielkości

Często słyszę stwierdzenia – i nad Wisłą, i tu, gdzie piszę te słowa, nad Potomakiem – że Ameryka Trumpa jest nieprzewidywalna. To bzdura. Słowo „inpredictable” (nieprzewidywalny) nie jest żadnym kluczem służącym do zrozumienia polityki zagranicznej Białego Domu. Jest raczej przaśnym wytrychem dla fanów ideologicznego antytrumpizmu. Prawda jest inna: to Rosja jest nieprzewidywalna, to Iran taki jest czy komunistyczna Korea Północna. Na tym tle USA rządzone przez republikańską administrację są wzorem przewidywalności. Ameryka Trumpa dąży do wielkości. Także na arenie międzynarodowej, choć sam amerykański prezydent, zgodnie z wolą wyborców, woli koncentrować się na doprowadzeniu do powrotu świetności ekonomicznej i ma tu olbrzymie sukcesy. Działania ludzi z White House są przewidywalne właśnie: dla nich Putin jest konkurentem gospodarczym, politycznym i geopolitycznym, i dlatego należy go ograniczać i zwalczać. Nawet jeśli publicznie ogłasza się zawieszenie broni (jak w Helsinkach), to takie deale nie zmienią istoty rzeczy: strategiczne interesy Stanów Zjednoczonych Ameryki w długim czasie są całkowicie sprzeczne z interesami Federacji Rosyjskiej. To nadzieja, ale też stwierdzenie faktu.  

Trump: polityka zagraniczna jak biznes  

Widać swoiste biznesowe podejście Donalda J. Trumpa do polityki zagranicznej. Dla niego i jego administracji kanclerz Niemiec to konkurent, prezydent Rosji jest jeszcze większym konkurentem, a prezydent Chin największym. Chodzi przede wszystkim o konkurencję gospodarczą, ale też polityczną. Dlaczego ekonomicznie stale słabnąca Federacja Rosyjska jest rywalem największego mocarstwa świata? Bo konkuruje na dwóch bardzo ważnych dla Waszyngtonu rynkach. Pierwszy to rynek surowców energetycznych, drugi to rynek broni. Oba są też kluczowe dla Moskwy, bo decydują o rosyjskim eksporcie. To kolejny powód, dla którego Biały Dom i Kreml są skazane na strategiczną rywalizację. Przerwy w niej nie zmieniają istoty rzeczy. Także w wymiarze politycznym. Ostatni szczyt NATO w Brukseli, traktowany przez wielu obserwatorów jako rzekomy przykład osłabienia Sojuszu, był tymczasem kolejnym udanym etapem okrążania Rosji. Kolejne zbliżenie z Gruzją i Ukrainą, formalne zaproszenie Macedonii do negocjacji akcesyjnych są następnymi krokami szkodzącymi Rosji. Przez pakt północnoatlantycki, a więc przez Waszyngton. Gdyby to otwieranie drzwi dla Tbilisi, Kijowa i Skopje zależało od Berlina, Paryża czy Rzymu, to skończyłoby się to tak jak w 2008 r., gdy na szczycie NATO w Bukareszcie ta właśnie koalicja niemiecko-francusko-włoska skutecznie przeciwstawiła się próbom USA i Polski, aby przedstawić Gruzji mapę jej wchodzenia do paktu. Konsekwencje tego zachodnioeuropejskiego, a nie amerykańskiego, grzechu zaniechania były olbrzymie. Szczyt w Bukareszcie odbył się w kwietniu 2008 r., a brak zielonego światła dla Tbilisi zachęcił Rosję do agresji na Gruzję w sierpniu 2008 r. podczas igrzysk olimpijskich w Chinach.

Ta wycieczka w przeszłość jest użyteczna, aby pokazać doniosłość zmian dokonywanych teraz przez administrację Trumpa – w przeciwieństwie już nie tylko do Obamy, ale jego republikańskiego poprzednika, George’a Walkera Busha. Warto o tym i o innych konkretnych działaniach w polityce międzynarodowej prezydenta Trumpa pamiętać, zanim po jednej konferencji prasowej w Helsinkach i jednej rozmowie z Putinem, której przebiegu nie znamy, zainfekujemy się modnym antytrumpizmem. Dołączając zresztą do środowisk lewicowo-liberalnych po obu stronach oceanu, które amerykańskiego prezydenta zwalczają z taką samą siłą jak obóz niepodległościowy w Polsce.
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts