Przez mniej więcej 3/4 filmu mamy do czynienia z czymś, co zakrawa o film grozy w najlepszym wydaniu. Choć fabuła nie obywa się bez wpadek (jak sprzeczna z logiką, ale schematyczna w tym gatunku scena ucieczki bohatera schodami na górę…) to zamiast straszyć makabreską, twórcy budują pełen napięcia scenariusz, sięgając raczej do wstrząsającego dramatu psychologicznego na wzór Polańskiego niż klasycznego horroru Hitchcocka. Reżyser Ari Aster kreśli wciągającą historię rodziny dotkniętej pokoleniową klątwą, bardzo dosadnie wysuwając na pierwszy plan temat nieprzepracowanej traumy po stracie. Narrację ułatwiają aktorzy - wcielająca się w główną rolę Toni Colette przekonuje podobnie jak wiele lat temu w „Szóstym zmyśle”, a świetnie dobrana do kreacji opętanej złem nastolatki Milly Shapiro budzi prawdziwą grozę.

 

 

„Dziedzictwo” miało szansę stać się jednym z najlepszych dreszczowców ostatnich lat. Niestety, podobnie jak w „Mother!” Darrena Aronofksy’ego, zbliżając się do nieco przydługiego finału (film można by bez szkody dla fabuły skrócić o pół godziny), widz nie otrzymuje katharsis. Zamiast niego następuje rodzące kolejne pytania zakończenie, będące w dodatku ociekającym krwią festiwalem okultyzmu w najczystszej postaci. Szkoda, że tak wielu ludzi myli to z artyzmem.