W styczniu 2006 r. nieoczekiwanie dla samego siebie znalazłem się w Budapeszcie. Grzegorz Górny, wówczas redaktor naczelny „Ozonu”, wepchnął mnie do samolotu i własnym ciałem zablokował drogę ucieczki. Zapytany o cel podróży, wspomniał enigmatycznie, że lecimy zaprezentować nasz tygodnik, przy czym ja mam wystąpić jako poeta i felietonista. Dopiero plakaty rozwieszone w miejscu spotkania sprawiły, że mina mi zrzedła. Pod moim zdjęciem stało bowiem jak wół: „politikai elemzője”, co w tłumaczeniu na nasze oznacza „analityk polityczny”. Niestety, klamka zapadła. Kwadrans później oblany zimnym potem witałem się z Ivánem Bábą, dziś wiceminstrem spraw zagranicznych Węgier. Czułem się tak, jakbym ściskał zmumifikowaną prawicę św. Stefana, wystawioną w budapeszteńskiej bazylice.

Postawiony pod ścianą, a ściślej na scenie, opowiedziałem o kulisach niedawnej kampanii wyborczej w Polsce, która doprowadziła PiS do zwycięstwa. Pamiętam, że Węgrów najbardziej interesowały kwestie polityki historycznej i prorodzinnej. Nie mam pojęcia, w jaki sposób treść mojego wystąpienia dotarła do Viktora Orbána, ale faktem jest, że wyciągnął z tej lekcji odpowiednie wnioski. W „Rzeczpospolitej” ciągle czytam, że nie należy mieszać poezji z polityką, a tu proszę: wystarczy podstępnie przerzucić polskiego poetę za granicę, żeby wywołać tam wolnościowe powstanie.

Oczywiście żartuję. Jeśli ktoś zasługuje na miano węgierskiego łącznika, to zdecydowanie mój porywacz. Grzegorz Górny opublikował w polskiej prasie kilkadziesiąt tekstów o tematyce węgierskiej, nakręcił cztery filmy dokumentalne, wydał kilka ważnych książek. Nic dziwnego, że Węgrzy nagrodzili go w ubiegłym roku aż dwoma laurami: Rycerskim Krzyżem Zasługi i Medalem Europejskim.

Kto miał okazję odwiedzić budapeszteńskie muzeum Terror Haza, z pewnością jest świadomy spustoszenia, którego dokonali na Węgrzech komuniści. Represje wobec naszych bratanków były szczególnie dotkliwe, bo bezpośrednio, na wielką skalę dokonywali ich Sowieci. W okresie zniewolenia głównym punktem odniesienia dla węgierskich antykomunistów było polskie doświadczenie oporu. A jednak to Węgrzy mogą być dziś dumni ze swojego państwa, podczas gdy my wciąż po uszy tkwimy w bagnie. I to oni jako pierwsi stali się zdolni do konfliktu z Brukselą, który w gruncie rzeczy ma wymiar cywilizacyjny. Nawet w kwestiach gospodarczych mniej chodzi o mamonę, a bardziej o zamianę polityki socjalnej na prorodzinną, która jest solą w oku europejskiej lewicy. Gdyby nie słowa: „Boże, błogosław Węgry” i kilka innych chrześcijańskich zapisów w konstytucji, spór pewnie rozszedłby się po kościach.

Czy powinniśmy wspierać Węgrów? To oczywiste. Nie łudźmy się jednak, że Bruksela da im spokój, jeśli nie wrócą karnie do szeregu. Węgrzy czekają nie tylko na naszą solidarność, ale i na skutecznego sojusznika w walce o chrześcijańską Europę. Ta wojna już się rozpoczęła, więc wypadałoby trochę podgonić we własnym kraju, żeby nie wyjść na gołodupców. I żeby św. Wojciech nie musiał się za nas wstydzić przed św. Stefanem, gdy wreszcie staniemy na polu bitwy.