Antoni Macierewicz o polskich dylematach w 26. rocznicę obalenia rządu Jana Olszewskiego

/ moerschy

  

Polska w NATO w 1992 roku to było wyzwanie rzucone przez rząd Jana Olszewskiego nie tylko byłemu Związkowi Sowieckiemu, lecz całemu obozowi Okrągłego Stołu i „grubej kreski”, obozowi, który na polskie przemiany patrzył jak na część globalnej strategii sowiecko-rosyjskiej pierestrojki.

Najkrócej rzecz biorąc, twórcom pierestrojki chodziło o wyeliminowanie USA z Europy i stworzenie przestrzeni geostrategicznej, w której zachodnia technologia i bogactwo staną się częścią wspólnoty od Gibraltaru po Władywostok, a militarna przewaga w Eurazji zapewni Rosji globalną dominację. Projekt ten do dziś nie uległ zasadniczej zmianie, choć obecnie większą rolę przewidziano dla uzależnienia energetycznego (Rosja) i taniej siły roboczej (Chiny). 

U źródeł tej koncepcji po zachodniej stronie tkwi zarówno niemiecka myśl geopolityczna z jej marzeniem o sojuszu rosyjsko-niemieckim, francuskie dążenie do światowej wielkości, dla których największym wyzwaniem jest imperium USA, jak i ideologiczne koncepcje II Międzynarodówki i Gramsciego, teoretyka komunistycznego długiego marszu.

Efektem ma być ewolucja Unii Europejskiej w kierunku demokratycznej dyktatury antywartości i analogiczna modernizacja Rosji. Ale przede wszystkim skutkiem ma być stworzenie potęgi globalnej, która rzuci wyzwanie USA.

Z kolei po stronie obozu patriotycznego sytuacja była i jest bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Dla większości tego obozu wejście do NATO było substytucją sojuszu polsko-amerykańskiego. Dla innych NATO było fragmentem myślenia o integracji Polski z rodzącą się Unią Europejską i dążenia do trwałego związku z Niemcami. 

Geopolityka niepodległości

Ta dwuznaczność przetrwała w pewnym stopniu do dziś. Wciąż mamy do czynienia z dążeniem do przekształcenia NATO w sojusz europejski, co najwyżej z zewnątrz wspierany przez USA w razie nuklearnego zagrożenia, ale na co dzień stanowiący zachodnie forum konsultacji politycznych. Równocześnie UE ma zamiar budować własne struktury obronne, w sposób oczywisty niezdolne do efektywnego przeciwstawienia się potędze rosyjskiej. Geopolityczny sens tych zamiarów jest oczywisty. 

Z drugiej zaś strony coraz bardziej krystalizuje się myślenie o bezpieczeństwie Polski i architekturze bezpieczeństwa europejskiego, w którego centrum znajduje się sojusz Europy Środkowej, zwanej inaczej Międzymorzem, z USA. Ta idea, sformułowana jeszcze w II Rzeczpospolitej, od lat 70. XX wieku stała się osią koncepcji geopolitycznej polskiego ruchu niepodległościowego. Najpierw została zasygnalizowana w liście Jana Olszewskiego, Piotra Naimskiego i Antoniego Macierewicza do prezydenta Cartera w 1979 r. Później przywołano ją w programie grupy GŁOS w 1983 r., a wreszcie stała się wytyczną polityki rządu Jana Olszewskiego i obozu niepodległościowego. Istotnym momentem było podjęcie inicjatywy Kongresu Międzymorza przez prezydenta Andrzeja Dudę i jej pełne wsparcie przez prezydenta USA Donalda Trumpa.

Odbudowa narodu i państwa

Dziś koncepcja ta jest wyznacznikiem polskiej myśli niepodległościowej, na równi z takimi wyzwaniami polityki wewnętrznej jak uwolnienie Polaków od struktur mafijnych wyrosłych z aparatu komunistycznego, zbudowanie silnej armii zdolnej do odparcia zewnętrznego ataku, budowa silnej, konkurencyjnej gospodarki opartej na nowoczesnym przemyśle, rolnictwie, bezpieczeństwie energetycznym, a wreszcie przywrócenie równych szans wszystkim obywatelom i zagwarantowanie wzrostu demograficznego.

Ten program zarysowany w ciągu krótkich sześciu miesięcy rządu Jana Olszewskiego został rozwinięty przez prezydenturę Lecha Kaczyńskiego i rząd Jarosława Kaczyńskiego w latach 2005–2010, a następnie legł u podstaw niebywałych sukcesów rządu PiS kierowanego przez Beatę Szydło.

Dylematy obozu patriotycznego

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że zarówno w latach 90., jak i dzisiaj w elitach patriotycznych ścierały się dwie linie.

Jedna, która traktuje ten program strategicznie jako działanie zdolne przekształcić polską i europejską scenę geopolityczną i trwale zagwarantować Polsce niepodległość, stale narażoną na działanie sił liberalno-rosyjskich. I druga, dla której to tylko taktyka podbijająca stawkę w negocjacjach z Brukselą i z krajowymi środowiskami liberalnymi, wyrosłymi na ruinach polskiej niepodległości.

Przypominając rok 1992, trzeba bowiem zawsze pamiętać, że choć rząd Jana Olszewskiego upadł na skutek swoistego zamachu stanu, jednoczącego siły komunistyczne, liberalne i prezydenta Lecha Wałęsę, to w tle ówczesnych wydarzeń była też presja na reorganizację rządu Jana Olszewskiego w celu włączenia doń części Unii Demokratycznej z Tadeuszem Mazowieckim na czele. Cel był szczytny: ocalenie pierwszego po okupacji sowieckiej rządu niepodległościowego. Jan Olszewski słusznie jednak ocenił, że choć być może on jako premier na jakiś czas by ocalał, to rząd przestałby realizować program niepodległościowy.

Fenomen sił narodowych

Z ówczesnych wydarzeń warto wyciągnąć wnioski, w tym ten, że wciąż ważne są słowa Romana Dmowskiego wskazujące na dominację w polskiej sytuacji determinanty geopolitycznej. Oznacza to, że rozwiązania geopolityczne przesądzają możliwości budowy niepodległego państwa polskiego i jego utrzymania. Tak było w XIX i XX w.u, tak będzie też w najbliższych latach, póki nie przezwyciężymy spadku sowieckiej niewoli.

Widać to bardzo wyraźnie w polityce ostatnich dwu lat. Zdecydowany zwrot geopolityczny w celu budowy Międzymorza wraz z sojuszem amerykańskim dały rządowi Prawa i Sprawiedliwości wielki impet pozwalający na realizację zasadniczych przemian wewnętrznych, które przyniosły niesłychany wzrost gospodarczy, wielką dynamikę społeczną, odbudowę poczucia siły, tożsamości i godności narodowej. Symbolami tej przemiany stały się takie programy jak „500 plus”, przywrócenie niższego wieku emerytalnego, wojska obrony terytorialnej, stacjonowanie armii NATO i USA w Polsce, przywracanie pamięci i prawdy historycznej poprzez historię Żołnierzy Niezłomnych, a wreszcie wzrost gospodarczy i odbudowa przemysłu stoczniowego i energetycznego.

Nie byłoby jednak tych wszystkich osiągnięć, gdyby nie przekonanie narodu, że dysponujemy siłą militarną i sojuszami zdolnymi wyeliminować rosyjską presję na polską politykę. Strach przed rosyjską interwencją, który przez dziesięciolecia był ważnym składnikiem zapewniającym zwycięstwa siłom prorosyjskim, został ograniczony, a w miarę upływu czasu jest możliwość zupełnej eliminacji tego zjawiska.

Na zakręcie: niemieckie żądania

Dziś powstaje pytanie, w jakim stopniu program niepodległościowy będzie kontynuowany, a w jakim ustąpi naporowi Unii Europejskiej, a tak naprawdę żądaniom niemieckim. Kluczem jak zawsze jest kwestia bezpieczeństwa i relacje z USA i tak należy patrzeć na informacje ambasadora Polski w Berlinie co do stanu wzajemnych stosunków. W wywiadzie dla portalu wPolityce.pl ambasador Przyłębski wskazał, że Polska będzie musiała zaakceptować budowę Nord Stream 2 oraz wykluczenie z budowanego porozumienia Międzymorza Ukrainy (której bezpieczeństwo energetyczne ma zagwarantować układ rosyjsko-niemiecki), a w relacjach narodowych musimy pogodzić się z tym, że Niemcy nie uznają polskiej mniejszości narodowej. Najważniejszym jednak żądaniem jest przyjęcie nowej doktryny państwowo-prawnej ograniczonej suwerenności, zgodnie z którą tzw. liberalna demokracja jest nienaruszalnym systemem społeczno-politycznym w UE, a unijne antywartości tworzą kanon ważniejszy od Konstytucji RP. Oznacza to de facto zakwestionowanie fundamentów suwerenności narodu, niepodległości państwa, a także gospodarczych i militarnych podstaw sojuszu polsko-amerykańskiego.

Sojusz amerykański czy brukselski dyktat?

To, czego nie dopowiedział ambasador, ujawnił portal Onet, finansowany przez firmy niemieckie i amerykański portal liberalny Politico. Ten pierwszy zaatakował polsko-amerykańskie rozmowy na temat zwiększenia obecności armii amerykańskiej w Polsce i budowy stałych baz USA dla wojsk w sile co najmniej jednej pancernej dywizji. Ten projekt negocjowany przez MON od maja zeszłego roku za pełną wiedzą i zgodą kierownictwa państwa zakłada budowę całej infrastruktury nie tylko dla sił bojowych USA, lecz także dla rodzin żołnierzy, a więc mieszkań, szkół, przedszkoli, szpitali, dróg etc.

Podjęcie tych negocjacji, wstępne, niezbędne rozmowy z politykami amerykańskimi, przygotowanie lobbingu w mediach, kongresie i senacie USA zaatakowali z furią politycy komunistyczno-liberalni: Janusz Zemke z SLD i Tomasz Siemoniak z PO. Tych, którzy pamiętają historię Polski ostatnich 26 lat, to nie zdziwi – sojusz byłego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR i sekretarza Donalda Tuska powtarza tylko wspólne stanowisko Leszka Millera i partii Mazowieckiego, Geremka i Komorowskiego z 1992 r.

Wprawdzie począwszy od końca lat 90. siły liberalno-komunistyczne pogodziły się z obecnością Polski w NATO, ale pod warunkiem, że będzie to obecność symboliczna, polityczna i służyć będzie rozmiękczaniu stanowiska USA i eliminowaniu tych wojsk z Europy. Dobrym przykładem takiej operacji był projekt zastąpienia systemu obrony antyrakietowej, oparty na porozumieniu USA z Polską, Czechami i Rumunią, instalacją natowską, a nawet natowsko-rosyjską.

Światowa geopolityka

Powrót rządu polskiego do oparcia międzynarodowego bezpieczeństwa Polski zarówno na obecności w NATO, jak i na strategicznym sojuszu z USA, wzbudził furię i ujawnienie rzeczywistych poglądów prorosyjskich środowisk w Polsce i na świecie. Artykuł w Politico Davida Herszenhorna najlepiej oddaje ten punkt widzenia. Dla autora sojusz polsko-amerykański wsparty obecnością realnych, a nie symbolicznych sił USA, jest ciosem w Unię Europejską i w NATO.

Skandalem dlań jest, że Polska prowadzi negocjacje niezależnie od tych dwu organizacji, co według autora oznacza, że dąży do ich osłabienia, a nawet rozbicia. Oznaczałoby to, według Herszenhorna, zniszczenie długo budowanego ładu pokojowego w Europie.

Autor zapewne grzeszy niewiedzą. Rzecz cała była bowiem dyskutowana, a polskie dążenia nie były nigdy ukrywane.

Sprawę stawiałem jasno zarówno w odpowiednich gremiach Unii Europejskiej, jak i w NATO, i była ona tam szeroko uzgadniana w kompetentnych zespołach ludzi odpowiedzialnych za takie kwestie. Co więcej, stała się ona jednym z powodów i argumentów wstrzemięźliwego stanowiska Polski wobec PESCO, czyli wspólnej polityki militarnej UE.

Odpowiednie zastrzeżenie w formie listu wystosowanego do wszystkich ministrów spraw zagranicznych i obrony UE zostało przekazane w grudniu 2017 r. przeze mnie i przez ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego.

I zapewne dlatego zupełnie inne stanowisko zajął najbardziej wpływowy dziennik brytyjski „The Times”, który w redakcyjnym artykule sprzed dwu tygodni chwali polsko-amerykańskie plany. „The Times” wprost wyraża przekonanie, że NATO powinno na najbliższym szczycie w lecie bieżącego roku oficjalnie poprzeć stacjonowanie w Polsce dodatkowych stałych baz amerykańskich. „To wzmocnienie całej flanki wschodniej, a nie tylko Polski” – pisze trafnie „The Times”.

Na zakręcie: niepodległość czy pierestrojka?

Tak więc prawdziwym powodem ataku na polską politykę bezpieczeństwa wiążącego trwale Europę Środkową z USA jest obawa sił liberalnych i prorosyjskich, że sojusz taki obraca wniwecz strategiczne wysiłki doprowadzenia do układu niemiecko-rosyjskiego. Obraca wniwecz dziesiątki lat pracy nad sojuszem kontynentalnym eliminującym USA z Europy, a zarazem eliminującym Polskę jako samodzielny podmiot polityczny. Rozbija próbę trwałego podporządkowania Polski polityce niemieckiej i przekształcenia jej w część Mittleuropy. A wreszcie broni Polskę przed negatywnymi skutkami gospodarczo-społecznymi w postaci przywrócenia władzy postkomunistycznej oligarchii i środowisk kontrolowanych przez ludzi dawnych służb specjalnych.

Jest to więc kluczowy spór, jaki rozgrywa się w Polsce i w innych państwach dawnego bloku komunistycznego, który Rosja i Niemcy wciąż chcą od siebie uzależnić. Obóz komunistyczno-liberalny jest tu narzędziem uzależniania Polski od polityki rosyjsko-niemieckiej, obóz patriotyczny od dziesięcioleci walczy o wydobycie z narodu siły zdolnej zagwarantować Polakom niepodległość. Ten podział jest jasny i nie wymaga komentarza. Przez ostatnie dwa lata szala stanowczo przechylała się na rzecz dążeń niepodległościowych. Każdy dzień prac rządu Beaty Szydło przynosił widoczne wzmacnianie sił narodowych, a zarazem wzrost poparcia dla obozu rządzącego. Był to fenomen nieznany dotychczas w historii najnowszej Europy: obóz rządzący wciąż zyskiwał, siły postkomunistyczne same spychały się na margines. 

Dziś niektóre zachowania wyglądają tak, jakbyśmy wyciągali postkomunistów z nieuchronnej klęski, ratowali własnymi błędami i niejasnością kierunku działania. Nabrali pewności siebie i poczucia siły, odkąd zaczęliśmy uganiać się za mirażem złudzeń i obietnic. Równocześnie zachwiała się perspektywa amerykańska. Złym znakiem jest rezygnacja z objęcia komunistycznych służb wojskowych ustawą likwidującą przywileje emerytalne, przywrócenie stopni generalskich komunistycznym zbrodniarzom, a wreszcie honorowanie odznaczeniami ludzi reprezentujących linię prorosyjską i współodpowiedzialnych za oddanie śledztwa smoleńskiego Rosji Putina.

Takie są zagrożenia. Ale jest też ogromny potencjał narodowy wyzwolony w ciągu ostatnich dwu lat polityki niepodległościowej, czego nie będzie zdolna przyćmić żadna propaganda ani socjotechnika. Jest też nieuchronna logika odradzającej się siły polityczno-militarnej i moralnej Stanów Zjednoczonych pod przywództwem prezydenta Donalda Trumpa. Jego autentyczny podziw dla Polski równy jest zrozumieniu przez wszystkie siły republikańskie USA, jak kluczowa jest rola i miejsce Polski w światowej geopolityce. A to są aktywa stałe, na których można i trzeba trwale budować.


Tezy powyższego artykułu zostały zaprezentowane 4 czerwca br. podczas konferencji międzynarodowej, która miała miejsce na UKSW w 26. rocznicę rządu Jana Olszewskiego, pt. „Bezpieczeństwo Polski: obecne i przyszłe wyzwania”. 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska

Tagi

Wczytuję komentarze...

Na Macronie nie zostawiono suchej nitki, a może być jeszcze gorzej. Kim są "ultra żółci"?

Zdjęcie ilustracyjne / By Thomon - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=76507318

  

Media i politycy mówią o fiasku polityki rządu i nieadekwatnych działaniach policji po sobotnich zamieszkach i aktach wandalizmu, do których doszło w Paryżu podczas marszu "żółtych kamizelek". Część komentatorów zwraca uwagę] na radykalizację „żółtych kamizelek”, wśród których pojawili się „ultra żółci”, gotowi do użycia przemocy.

Zniszczenia, podpalenia i obrabowanie około stu placówek handlowych na Polach Elizejskich przy okazji 18. sobotniej manifestacji „żółtych kamizelek” uznane zostały przez komentatorów za „fiasko taktyki politycznej i taktyki policyjnej” władz.

Zgodnie z przewidywaniami mediów i polityków usunięto ze stanowiska prefekta policji paryskiej. Jego miejsce zajmie prefekt regionu Nowej Akwitanii.

Wkrótce po ogłoszeniu tych decyzji przez premiera były deputowany Philippe Goujon, specjalista od spraw bezpieczeństwa wewnętrznego w partii Republikanie stwierdził, że rząd „nie ma naprawdę nowej strategii” zapewnienia porządku publicznego.

W wypowiedzi dla radia „France Info” za przemoc podczas manifestacji „żółtych kamizelek” prawicowy polityk obwinił „niezdecydowaną i niewyraźną politykę rządu”. Doprowadziło to do tego, że - jak mówił - "cotygodniowe zgromadzenia to już nie manifestacje, ale partyzantka miejska”.

Goujon wezwał do zmobilizowania wojska „nie w celu utrzymywania porządku, ale do ochrony budynków państwowych”, co odciąży policję. „Żółte kamizelki” i chuligani biorący udział w manifestacjach próbowali już dostać się do Pałacu Elizejskiego.

Komentator prywatnej telewizji BFMTV Laurent Neumann ocenił dotychczasowe postępowanie władz wobec manifestantów jako „fiasko”.

- To katastrofa dla (międzynarodowego) wizerunku Francji 

– dodał.

Były redaktor naczelny tygodnika „L’Express” Christophe Barbier uznał, że władze miały nadzieję, iż kres ruchowi „żółtych kamizelek” położy zakończona właśnie, zwołana przez prezydenta Emmanuela Macrona „wielka debata narodowa”, w której Francuzi pokazywać mieli swe bolączki i proponować rozwiązania.

[polecam:https://niezalezna.pl/263473-posiedzenie-kryzysowe-we-francji]

Według komentatora prezydent, nadzwyczaj obecny w tej debacie, przecenia własne siły i „łudził się, że jego spektakl wystarczy, by zagasić pożar 'żółtych kamizelek'”.

Podczas gdy wielu komentatorów i polityków za zniszczenia i odejście od pokojowych manifestacji obarcza odpowiedzialnością lewackich zadymiarzy, inni zwracają uwagę na radykalizację „żółtych kamizelek”, wśród których pojawili się „ultra żółci”, gotowi do użycia przemocy.

- Wygląda na to, że przemoc to jedyna rzecz, która powoduje, że rząd coś robi

 - powiedział jeden z bardziej znanych przedstawicieli „kamizelek” Eric Drouet.

„Stratami ubocznymi” nazwała zniszczenia na Polach Elizejskich znana aktywistka ruchu „żółtych kamizelek” Sophie Tissier. Oskarżyła prezydenta Macrona o to, że winien jest śmierci niemowląt, gdyż zamyka oddziały położnicze i szpitale.

- Pan Macron jest nieodpowiedzialny, pan Macron jest niekompetentny, zasługuje na więzienie (…), jest w trakcie likwidowania kraju

 – powiedziała. Zarzuciła też mediom, że pokazują wciąż te same sceny przemocy.

[polecam:https://niezalezna.pl/263359-szokujace-sceny-we-francji-paryz-w-ogniu-omal-nie-doszlo-do-tragedii-wideo]

Na portalu „Opinion Internationale” komentator Philippe Monturet zastanawiał się, „czy rząd nie zdecydował się na taktykę polityczną mającą zmarginalizować ten ruch, który jest wyrazem prawdziwych, głębokich problemów, po to, by nie zmieniać polityki gospodarczej i finansowej”.

[polecam:https://niezalezna.pl/263636-francja-przedwyborczy-krajobraz-po-bitwie]

Komentator – podobnie jak wielu polityków i socjologów – przewiduje, że niezależnie od represji ruch „żółtych kamizelek” może długo trwać w różnych formach, gdyż kolejne rządy postrzegane są jako bezsilne i niekompetentne.

- Nie można nie zauważyć rozczarowania polityką. I nie jest to odrzucenie elit, ale odrzucenie braku prawdziwych elit, prawdziwych mężów stanu

 - podkreślił.

- Jeśli nic się nie zmieni, to zakwestionowana będzie nie prawowitość ruchu, ale mandat prezydenta. Przez tych wszystkich, którzy już mają dosyć ustępowania, jak i tych, którzy dosyć mają rabunków

– konkluduje Monturet.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl