30 lat hejtu. Kaczyści, olszewicy, ruscy agenci, Dzierżyński i Bin Laden

Właścicielem III RP została komunistyczna bezpieka, czyli ludzie, którzy zawodowo zajmowali się tworzeniem portretów psychologicznych swoich ofiar. Gdy po 1989 r. bezpieka uzyskała nowe narzędzie do realizacji swych celów, czyli „wolne media”, sporządzała owe charakterystyki dalej, by wyselekcjonować niepodległościowych przywódców stanowiących dla jej interesów realne zagrożenie. I uruchamiała unikalny mechanizm ich bezwzględnego niszczenia.

GP

„Hejt” z początków III RP (wtedy nie znaliśmy, rzecz jasna, tego słowa) to zjawisko mało znane młodszym Czytelnikom.

Można powiedzieć, że z drobnymi wyjątkami w zasadzie nie opisane. Główni atakowani w ramach owego hejtu od niemal 30 lat się nie zmienili, ale pojawienie się Internetu zmieniło ich sytuację. Wbrew obiegowej opinii – na korzyść.

W początkach III RP tworzono na ich temat absurdalne fake newsy, ale w warunkach medialnego monopolu nie było możliwości ich zdemaskowania. Słyszały je miliony, a ich sprostowania – garstka. Dziś łatwiej je kolportować, ale łatwiej też zdemaskować.

Lech Kaczyński, Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, Jan Olszewski – dlaczego wybraliśmy na okładkę tego numeru „Gazety Polskiej” akurat te cztery postacie? Bo to ewidentnie one stanowiły krótką, zamkniętą listę owych najniebezpieczniejszych dla systemu przywódców politycznych. Owszem, lista autorów niebezpiecznych dla systemu koncepcji politycznych, działaczy, publicystów, artystów, satyryków byłaby nieporównanie dłuższa, ale w tym wypadku chodzi wyłącznie o tych, którzy koncepcje łączyli z osiąganiem wyborczych wyników, realnym zdobywaniem i sprawowaniem władzy. I sprawując ją, używali jej do demontażu postkomunizmu. Niestety, dłuższa byłaby też lista tych, którzy zdobywszy władzę polityczną z nadania „prawicy”, nie wykorzystywali jej do tego celu. Wydaje się, że metody niszczenia wspomnianych czterech przywódców politycznych zakwalifikować należy do oddzielnej kategorii, różniły się bowiem od wszelkich innych zabiegów propagandy III RP.

Sprostowanie fake newsa po… sześciu latach

Ważnym źródłem przedinternetowych fake newsów był potężny wówczas tygodnik Jerzego Urbana. „Oświadczam, że będę przestrzegał przepisów stanu wojennego” – taki dokument podpisany rzekomo przez Jarosława Kaczyńskiego 17 grudnia 1981 r. wydrukował 3 czerwca 1993 r. będący u szczytu popularności tygodnik „Nie”. Kaczyński odpowiada, że wydrukowana lojalka to ordynarna fałszywka. – Powycinano litery z pisma, w którym podpisania lojalki odmówiłem. Dostarczono też sfałszowaną notatkę o rzekomym podpisaniu przeze mnie lojalki ze sfałszowanymi podpisami nieżyjących oficerów – mówił „GP”.

Prostowanie fake newsa trwało sześć lat. Jeszcze w 1996 r. Marek Barański dostarczył do sądu nowe dokumenty. Dopiero potem oświadczył, że on i jego pismo padli ofiarą prowokacji, gdyż ktoś dał im sfałszowany dokument. Ostatecznie sąd skazał Barańskiego na 10 tys. zł grzywny. A jeszcze później kopia fałszywki odnalazła się w szafie płk. Jana Lesiaka, odpowiadającego za inwigilację prawicy. Znaleziono tam też próbki pisma Kaczyńskiego, którymi próbowano uprawdopodobnić autentyczność dokumentu. Ale wpisy „internautów” na temat lojalki Kaczyńskiego krążą w sieci do dziś.

Kaczyński zaspał, ale klaskał

Fake news na temat lojalki został sprostowany, ale inne niekoniecznie. W czerwcu 1990 r. podczas posiedzenia Komitetu Obywatelskiego Lech Wałęsa w obcesowym tonie wypowiada się o będącym w podeszłym wieku Jerzym Turowiczu. Zachowanie Wałęsy jest powszechnie potępiane. W mediach pojawia się informacja, że jedynym, który klaskał po niestosownym zachowaniu Wałęsy, był Jarosław Kaczyński. – Potem TVP zmontowała nawet materiał, w którym pokazano, jak biję brawo. Rzecz w tym, że tego dnia zaspałem i w tym momencie na sali w ogóle mnie nie było – wyjaśniał sam zainteresowany.

Podobnie traktowany był Lech Kaczyński. W 1991 r. „Kurier Polski” oskarżył przyszłego prezydenta o to, że będąc w Waszyngtonie, podjął rozmowy mające ułatwić amerykańską akceptację dla odwołania Leszka Balcerowicza. Rzecz w tym, że… Lech Kaczyński nie był wtedy w Waszyngtonie.

Niestworzone rzeczy opowiadano o majątku zgromadzonym przez ówczesnego lidera PC. Miał być właścicielem masarni, fabryki i banku. Chwilami przypominało to sceny z Mrożka. Do Kaczyńskiego dzwoniono ze skargami, że samochody jego firmy zakłócają rano ludziom spokój. Polityk tłumaczył, że nie ma żadnej firmy. Po jakimś czasie dotarły do niego podziękowania, że samochody już nie hałasują.

Wielkiej presji poddawany był także Lech Kaczyński, w latach 1992–1995 prezes NIK. Kiedy rozpoczął walkę ze zorganizowaną przestępczością, mafia podjęła próbę zastraszenia go. Gdy wyjeżdżał z wywiadu telewizyjnego, został otoczony. – Samochód brata obstawiły wozy ludzi z mafii pruszkowskiej. Później ustaliliśmy, że byli w nich nie szeregowi żołnierze, lecz znaczący gangsterzy – wspominał Jarosław Kaczyński.

Jadą z forsą wory, a na nich Kaczory

Ataki rozpoczęły się na nowo po sukcesach Lecha Kaczyńskiego, który pod koniec rządów Jerzego Buzka był ministrem sprawiedliwości. Wtedy rządzona przez Roberta Kwiatkowskiego TVP przygotowała atakujący Kaczyńskich film. Odgrzewał on zarzuty stawiane PC w czasie inwigilacji prawicy, w tym związki z aferą FOZZ. Głównym świadkiem przeciwko Kaczyńskim miał być poszukiwany biznesmen Pineiro. – Pineiro widziałem w życiu raz i w ogóle bym tego nie pamiętał, gdyby nie fakt, że był wychowankiem znanych aktorów – wspominał Jarosław Kaczyński. Lech Kaczyński w ogóle nie widział Pineiry na oczy.

W nagłośnieniu filmu miał wziąć udział kabaret Olgi Lipińskiej. „Rzeczpospolitej” udało się zdobyć słowa piosenki z kabaretu, napisane jeszcze przed emisją filmu:

„Hej, jadą z forsą wory Hej, a na nich Kaczory Hej, jadą po raz drugi Hej, znów się forsa zgubi!”.

Przed „kaczystami” byli „olszewicy”

Najmłodsi Czytelnicy nie pamiętają, jak w 1992 r. podobna kampania spotkała premiera Jana Olszewskiego. Powodem była oczywiście pierwsza próba lustracji, w tym ujawnienie przeszłości „Bolka”. Ale także zapobieżenie powstaniu rosyjskich spółek w dawnych sowieckich bazach. Na okładce tygodnika „Wprost” ukazało się zdjęcie jego wykrzywionej twarzy z tytułem „Nienawiść”. Wiersz Wisławy Szymborskiej pod tym samym tytułem ukazał się na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej”. Sympatyków Jana Olszewskiego nazywano „olszewikami”.

Wcieleniem zła był oczywiście od samego początku Antoni Macierewicz, o którym więcej pisze w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska" Dorota Kania.

Kaczyńscy czy Olszewski byli straszni, ale jednak w celu zohydzenia to ich porównywano do Macierewicza, a nie odwrotnie.

Dzierżyński, Bin Laden, ruski agent

W hejcie lat 90. głównymi argumentami przeciwko niemu było podobieństwo do Feliksa Dzierżyńskiego i straszne oczy. Dziś to pomysły zbyt grubo ciosane, ale wtedy działało. Później straszne oczy na okładkach magazynów Macierewiczowi zostały, ale Dzierżyńskiego zastąpił Osama bin Laden, a wreszcie „ruski agent”. Oto niedawne tytuły na portalach po opublikowaniu książki Tomasza Piątka. NaTemat.pl: „Uznałem Macierewicza za agenta KGB...”, „Macierewicz to największy przyjaciel Rosji”.  Polityka.pl: „Zachodnia prasa pyta: czy Macierewicz jest rosyjskim agentem?”. TokFm.pl: „Macierewicz jest szaleńcem albo agentem. Kim są jego zwierzchnicy?”.

No i sprawa jasna. Agent rosyjski najpierw w 1992 r. na polecenie Jelcyna ujawnił komunistycznych agentów w rządzie i parlamencie. Potem na rozkaz Putina rozwiązał WSI, czyli służby wprawdzie w Sowietach szkolone, ale polskie, patriotyczne i zagrażające Rosji. I wreszcie na zlecenie Putina zaczął badać katastrofę smoleńską i mówić o bardzo korzystnej dla Moskwy wersji, czyli zamachu.

Całość tekstu w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”

 

 


Źródło: Gazeta Polska

#mowa nienawiśći #III RP #SB

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo