Dziś Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie zdecydował o uchyleniu zarządzeń zastępczych wojewody mazowieckiego w sprawie zmian nazw 13 warszawskich ulic zgodnie z zapisami tzw. ustawy dekomunizacyjnej. Wczoraj WSA również negatywnie rozpatrzył zarządzenia w sprawie 12 innych nazw, m.in. zastąpienia nazwy alei Armii Ludowej aleją Lecha Kaczyńskiego czy nazwy ulicy Teodora Duracza na ulicę Zbigniewa Romaszewskiego. 

Swoją decyzję sąd argumentował wczoraj, iż "wojewoda wydając zarządzenia powinien w uzasadnieniach decyzji wyraźnie wskazać, dlaczego w świetle ustawy dekomunizacyjnej dotychczasowe nazwy ulic podlegają pod te przepisy i w związku z tym wymagają zmiany". Wojewoda Zbigniew Sipiera już zapowiedział się odwołanie się od wczorajszej decyzji.

CZYTAJ WIĘCEJ: Batalia o aleję Lecha Kaczyńskiego trwa. Wojewoda zapowiada kolejne kroki

Dzisiejsza argumentacja sądu, rozpatrującego kolejne 13 zarządzeń wojewody w sprawie zmian ulic niewiele różniła się od wczorajszej.  

- Wojewoda nie wskazał, z jakich konkretnie powodów uznał, że poszczególne nazwy ulic symbolizują bądź propagują komunizm lub inny system totalitarny

 - mówiła dziś sędzia Danuta Kania.

CZYTAJ WIĘCEJ: Sędziowie za totalitaryzmem! Oto LISTA komunistów, których ulice obroniła dziś kasta

W rozmowie z portalem niezalezna.pl decyzje sądu komentował Tadeusz Płużański, historyk, publicysta, prezes Fundacji "Łączka".

- Jest to przerażające, straszne. Czytając o takich rzeczach, słuchając o nich, mam wrażenie, że żyjemy wciąż w PRL, kiedy czci się bohaterów tamtych czasów, czyli Sowietów, komunistów, ludzi, którzy z Polską nie mieli nic wspólnego, którzy Polaków zwalczali. Nie tylko w Warszawie, ale i w szeregu innych miast mamy do czynienia z procederem, gdy kwestionowane są decyzje wojewodów i na wniosek władz miasta sąd uchyla te decyzje dekomunizujące. Ludzie, którzy zasiadają w tych sądach, tkwią wciąż w czasach zamierzchłych, chyba nie dostrzegają tego, że jednak coś się w Polsce zmieniło, że komunizm się mimo wszystko w dużej mierze skończył, a oni dalej trwają przy swoim. Nie przekonują mnie formalne wybiegi, że ktoś czegoś nie dopełnił, że wnioski są mało doprecyzowane

- mówi Tadeusz Płużański.

Prezes Fundacji "Łączka" podkreśla, że nie ma wątpliwości co do działalności osób i organizacji, które stanowią przedmiot ustawy dekomunizacyjnej.

- Czymś historycznie oczywistym jest, że Armia Ludowa to organizacja komunistyczna i przestępcza, która walczyła z Polakami, a nie z Niemcami, która mordowała Polaków, a także Żydów. Nie ulega historycznie wątpliwości, że Teodor Duracz był przedwojennym komunistą, prawnikiem, broniącym innych komunistów, że "Mały Franek" [Franciszek Zubrzycki - red.] to nie jest żaden bohater, a są to jakieś wymyślone historie, sfałszowany zupełnie życiorys. W ich miejsce starano się przywołać naszych bohaterów, którzy przez lata byli zapomniani, którzy przez lata byli represjonowani, pomijani. Bohaterów zarówno z czasów okupacji niemieckiej, jak i sowieckiej, zarówno z Żołnierzy Wyklętych, jak i opozycji niepodległościowej. Taka zmiana "Małego Franka" na Danutę Siedzikównę "Inkę" czy Grzegorza Przemyka lub Stanisława Pyjasa była czymś naturalnym. Widać, że ci, którzy składają te wnioski, czyli przedstawiciele samorządów, i tak samo sędziowie, żyją po prostu w dawnych czasach

- dodał Płużański w rozmowie z naszym portalem.

Wojewoda w zarządzeniach zastępczych przywoływał notki biograficzne sporządzone na potrzeby dekomunizacji nazw ulic i innych obiektów przez Instytut Pamięci Narodowej. Sąd jednak nie był przekonany, że jest to wystarczające wyjaśnienie i uznał je za "zdawkową konstatację". Zdaniem sądu, w opinii IPN "nie ma żadnej argumentacji z jakich powodów Instytut uznał, że nazwy wskazane przez wojewodę propagują system totalitarny".

Tadeusz Płużański komentuje to krótko - kuriozum.

- Dla tych wszystkich spraw naprawdę nie potrzeba jakichś długich naukowych wywodów. Można oczywiście na każdy temat napisać artykuł naukowy lub książkę o jednych i drugich, o zdrajcach i o bohaterach, ale nie o to w tym chodzi. Opinia może być zwięzła, a to nie znaczy, że jest niewystarczająca. Sąd, moim zdaniem, powinien uszanować to, że IPN nie jest prywatną instytucją powołaną przez grono wariatów, tylko jest to instytucja państwowa, bardzo ważna na "mapie" instytucji publicznych i zdanie tej instytucji należy szanować, nieważne, czy jest to napisane w formie książki czy w formie kilkuzdaniowej informacji. Taka informacja powinna wystarczyć do tego, aby sąd wydał odpowiedni wyrok, bo IPN w tych sprawach, wie, co robi, potrafi rozróżniać, kto jest bohaterem, a kto antybohaterem

- zaznaczył prezes Fundacji "Łączka".