Za Realem przemawiają ogromne doświadczenie i związek z Ligą Mistrzów. Nieprzypadkowo „Królewscy” wygrali dwa puchary z rzędu, trzy w ostatnich czterech latach. Mogą się pochwalić już dwunastoma trofeami. Piłkarze Realu Madryt są również absolutnymi rekordzistami w ostatniej dekadzie – osiem razy rok po roku potrafili dobrnąć przynajmniej do półfinałów. Historia Liverpoolu jest nieco uboższa. Od 13 lat Anglicy nie zwyciężyli w Lidze Mistrzów, mają na koncie łącznie pięć zgarniętych pucharów. Ostatni raz w finale zameldowali się w 2007 r., gdy AC Milan po dwóch latach zrewanżował się za przegraną w rzutach karnych z Jerzym Dudkiem jako bohaterem. W ostatnich latach liverpoolczycy grali w europejskich pucharach, czasami wpadali na chwilę do Ligi Europy, ale bez większych sukcesów. Aż do czasu, gdy drużynę niemal od podstaw, podobnie jak Borussię Dortmund, zbudował niemiecki menedżer Jürgen Klopp.


Zagrają najlepsi


To, co łączy obu finalistów Ligi Mistrzów, to trudna droga do najważniejszego etapu turnieju okraszona cierpieniem. Obie drużyny potrafią wytrzymać trudne momenty, by zadać ostateczne ciosy. Real miał trudniejszą drogę do kijowskiego finału, na której nie pozostawił złudzeń katarskim szejkom z PSG, był w dwumeczu lepszy od Juventusu Turyn, postawił się szaleńczym atakom Bayernu Monachium. Z kolei Liver­pool rozprawił się bez problemu ze słabiutkim FC Porto, następnie dał koncert na miarę Beatlesów w starciu z Pepem Guardiolą i jego Manchesterem City, by w półfinale wycierpieć w meczu z Romą. W meczach Realu i Liver­poolu nie brakowało kontrowersji, choć wokół angielskiej ekipy był większy szum.


Otóż połowa piłkarskiego świata domaga się wprowadzenia VAR do Ligi Mistrzów, uważając za skandal to, co się wydarzyło w ćwierćfinałach Ligi Mistrzów. Real rzekomo otrzymał niesłusznego karnego po faulu w ostatniej akcji meczu – piłkarze Juventusu twierdzili nawet, że takie przewinienia powinny się obyć bez gwizdka ze względu na wysiłek poszkodowanej drużyny i 97. minutę. Tak jakby przepisy obowiązywały od 1. do 90. minuty, a bilety do dalszych faz Ligi Mistrzów otrzymywali piłkarze – konkretnie jeden, wielki Gianluigi Buffon – za zasługi. VAR akurat w tej sytuacji nie był potrzbny, bo karny był oczywisty i Ronaldo go wykorzystał. Juventus mógł zgłaszać pretensje tylko do swoich obrońców. Liverpoolowi poszczęściło się również w rewanżu na Etihad Stadium, gdzie musiał przetrzymać huraganowe ataki City. Jeden z nich przyniósł prawidłową bramkę, której sędzia nie uznał. Być może mecz potoczyłby się inaczej, ale ofensywna trójka Salah–Firmino–Mane na tyle dała się we znaki Manchesterowi, że nie ma co mówić o tym, jakoby błąd wypaczył wynik dwumeczu. Do półfinałów i finału awansowały najlepsze zespoły.


Real jest związany z Ligą Mistrzów jak na popularnym obrazku w sieci: podczas zachodu słońca herb madrytczyków trzyma się za rękę z pucharem Champions ­League. Leo Messi w ostatnim wywiadzie przyznał, że piłkarze z Realu mają coś, czego nie mają inni – potrafią tylko z pozoru grać słabiej, ale wygrywają. Liverpool to szybkość, wyobraźnia i twarda gra. Mohamed Salah ma być następcą Ronaldo i Messiego w drodze po Złotą Piłkę. Jeśli odbierze Realowi trzeci triumf z rzędu w Lidze Mistrzów, może zostać kupiony przez Hiszpanów, i to bez względu na cenę. Warto zwrócić uwagę na nieszablonowego Sadio Mané, z którym męczarnie będą przeżywali na mundialu nasi obrońcy, czyli Łukasz Piszczek i Kamil Glik.


Gra o życie


Zmartwieniem Kloppa będą kontuzje – w finale raczej nie wystąpią pomocnicy Emre Can i szybki Alex Oxlade-Chamberlain. Minusem Liverpoolu jest niespójna linia defensywna – mimo że to jedna z najdroższych drużyn na Wyspach Brytyjskich, to popełnia szkolne błędy. Para Dejan Lovren–Virgil van Dijk jest momentami dziurawa jak ser szwajcarski, a drugi z wymienionych kosztował Liverpool ponad 80 mln euro! Nie można również porównywać klasy i umiejętności czysto piłkarskich hiszpańskiej i angielskiej drużyny na bokach defensywy. Carvajal i Marcelo to bodaj najlepsi boczni obrońcy świata, a Alexander-Arnold i Andrew Robertson dopiero aspirują do bycia wielkimi w Europie. To, co znowu łączy Real i Liverpool, to czasami brak koncentracji i właśnie błędy z tyłu. Tak jak środek obrony Liverpoolu jest dziurawy, tak Marcelo swoimi genialnymi wypadami do przodu zostawia hektary przestrzeni dla szybkich skrzydłowych na własnej połowie. Skorzystali z tego sprytnie piłkarze Juventusu i Bayernu Monachium, którzy strzelali bramki, atakując lewą flanką Realu Madryt.


Obu finalistów łączą jeszcze wielkie indywidualności – Ronaldo i Salah, którzy w pojedynkę mogą rozstrzygnąć losy spotkania. Tyle że gigant jest tylko jeden. CR7 to prawdziwa maszyna, która z biegiem lat zmieniła sposób grania. Od skrzydłowego, wkręcającego obrońców w ziemię w stylu Salaha, dojrzał, ponieważ natury nie oszuka. Ma już 33 lata i zmienił styl – stał się kilerem, uderza z każdej pozycji, wykańcza akcje w najtrudniejszych momentach. Był decydujący w starciu z PSG i Juventusem. Buffonowi na pożegnanie wielkiej kariery zaaplikował bramkę historyczną przewrotką. Wygrał wszystko, oprócz mistrzostwa świata, ale to nie jego wina – generacja piłkarzy portugalskich wycisnęła na Euro 2016 wszystko, co się dało.


To będzie już 6. finał Ligi Mistrzów z udziałem Ronaldo – czwarty w barwach Realu, dwa rozegrał w Manchesterze United. Przy gwiazdorze Realu Salah wygląda jak rodzynek – dopiero co odbijał się od ściany w starciu właśnie z Realem w 2016 r., tyle że w barwach Romy. Tam strzelał i asystował mniej – w rzymskim klubie w ciągu półtora roku strzelił łącznie 34 gole. Po przenosinach do Liverpoolu sezon 2017/2018 okrasił do finału Ligi Mistrzów 44 trafieniami! W Romie Salah był bardzo dobrym zawodnikiem, ale to, jak dopasował swoją szybkość do techniki i inteligencji boiskowej, widać wyraźnie pod wodzą Kloppa w Anglii. Każdy z nich może zostać bohaterem kijowskiego finału. Dlatego też trudno wskazać jednoznacznego faworyta, choć dla Realu wygranie kolejnej edycji Ligi Mistrzów – oprócz historycznego osiągnięcia – będzie grą „o życie”. W przypadku przegranej podopieczni Zinédine’a ­Zidane’a spiszą sezon na straty.


Naprawdę jest ciekawie


Na koniec krótko o samej edycji rozgrywek Ligi Mistrzów w tym roku. Co 12 miesięcy piłkarscy eksperci i kibice powtarzają, że to najlepsza edycja.
Niemal w każdej fazie pucharowej były emocje na poziomie finału sprzed lat, gdy Milan, prowadząc 3:0 z Liverpoolem z tańczącym między słupkami Dudkiem, zaprzepaścił szansę i przegrał. Kontrowersje, wielkie hity z potężną dawką jakości, rollercoaster w starciach Real­–PSG, Real–Juventus, City–Liverpool, Roma–Barcelona, Liverpool–Roma… To wreszcie tzw. duch remontady, czyli wielki wysiłek prowadzący do odwrócenia wyniku. Barcelona potrafiła rok temu odrobić 4:0 straty z PSG, wygrywając z 6:1 w rewanżu. W tej edycji Ligi Mistrzów spotkała ją podobna historia, tylko tym razem to ona była ofiarą „remontady”. Na Romę nikt nie stawiał, a przeszła do półfinału. Już w fazie grupowej Liga Mistrzów dostarczyła nam niesamowitych emocji – Karabach z Jakubem Rzeźniczakiem w składzie wyrzucił za burtę Atletico Madryt, nie awansowała Chelsea, nie spisali się faworyzowani piłkarze Borussii Dortmund. I tylko kibicowi jakoś tak smutno się robi, gdy ogląda kopaninę polskich piłkarzy w ekstraklasie. Liga Mistrzów jest idealną odtrutką.