- Chwilami porównuję dzisiejszy rząd do rządu Gierka. Ta sama ciągła propaganda sukcesu – mówi Przemysław Gintrowski, polski kompozytor i muzyk w rozmowie z Samuelem Pereira opublikowanej na łamach "Gazety Polskiej Codziennie".

- Pamiętamy histerię i zarzuty  o przywłaszczenie intencji poety po tym, jak Jarosław Kaczyński zacytował Zbigniewa Herberta. Na ile Herbert jest „wszystkich", a na ile byłby dziś wrogiem salonu?
- On już za życia był jego wrogiem, od kiedy przejrzał na oczy i przestał się przyjaźnić z Michnikiem. Od tego momentu „Gazeta Wyborcza" zaczęła go zwalczać, a nawet próbowano zrobić z niego człowieka niespełna rozumu. Tymczasem było wręcz odwrotnie  – Herbert do końca życia bardzo trzeźwo patrzył na otaczającą go rzeczywistość. On wyłamywał się z salonowego myślenia. Sądzę, że gdyby żył, nie pozwoliłby na tę aferę, która wybuchła po słowach o „zdradzonych o świcie".

- Czyli „Wyborcza" przywłaszczyła sobie Herberta – niestety przy wsparciu jego żony – czyniąc z niego po śmierci „swojego poetę"?
- W tym sensie jest to zawłaszczenie. Poezja Herberta jest wciąż aktualna, stanowi jeden wielki system wartości. Ktoś, kto poważnie traktuje jego poezję, musi myśleć tak, a nie inaczej. Nie wyobrażam sobie „prawdziwego lewaka", który mógłby rozumieć poezję Herberta i z nią się utożsamiać. To by się wykluczało.

- W czasie politycznych przemian miał Pan możliwość obserwowania nastrojów społecznych. Jak bardzo zmienili się ludzie od tamtego czasu?
- Parokrotnie mogliśmy się przekonać o niezadowoleniu Polaków z istniejącego stanu rzeczy, choćby 11 listopada, gdy pojawiły się tłumy na Marszu Niepodległości. Na ile jednak mogłoby się to przełożyć na odsunięcie od władzy dzisiejszego rządu? Nie wiem. Z jednej strony obserwuję w ludziach wzrost niezadowolenia, z drugiej niechęć do działania. Ludzie są omamieni mediami, które robią im wodę z mózgu. Potrafią ponarzekać wieczorem z żoną przed telewizorem i koniec. Brakuje tej spontaniczności, która w latach 80. społeczne niezadowolenie zmieniła w masowy ruch.

- Teraz bardziej wierzymy mediom?
- Wtedy pisało się na murach „Telewizja kłamie", a dziś duża część społeczeństwa nie jest zdolna do samodzielnego myślenia. Ponadto jest zasadnicza różnica w sferze ekonomicznej. Wtedy na ogół nie mieliśmy niczego, co najwyżej pralkę, telewizor, a nieliczni – samochód. Dzisiaj żyje się na dużo wyższym poziomie, ludzie mają więcej, a przerażająca część z nich pobrała kredyty, jest zadłużona. I tu dochodzimy do sedna. Ci którzy mają zobowiązania kredytowe, muszą je spłacać, zatem priorytetem staje się zachowanie pracy, co przekłada się na inne dziedziny życia, np. aktywność społeczną.

- To właśnie stąd bierze się ta uległość wobec władzy?
- Z jednej strony wynika ona z tego, że jesteśmy „syci", z drugiej, wielu ludzi nie potrafi funkcjonować inaczej, bo to naruszyłoby ich poziom życia. W PRL-u byliśmy zakładnikami systemu i zniewoleni wszechobecną ubecją, w dzisiejszych czasach mamy niewolnictwo kredytowe.

- Czy nie jest tak, że (cytując „Potęgę smaku" Herberta), ocena dzisiejszej rzeczywistości to po prostu „kwestia smaku"?
- Coś jest na rzeczy, bo mnie np. już przestały oburzać kłamstwa. Po raz kolejny kłamią, to kłamią. Gdyby to się działo raz na dziesięć dni, tobym się oburzał, ale gdy spotykam się z tym na każdym kroku, to organizm przestaje reagować, po prostu by nie zwariować. Żyjemy w czasach kłamstwa i obłudy. Chwilami porównuję dzisiejszy rząd do rządu Gierka. Ta sama ciągła propaganda sukcesu. Na tym przecież oba się opierają. Ludziom starającym się oceniać fakty w sposób racjonalny pozostaje kwestia smaku. Pamiętajmy jednak, że Herbert pytał: „Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono?". Czy przypadkiem nie jesteśmy na etapie, gdy część społeczeństwa została właśnie „lepiej i piękniej kuszona"?

- Na ile władza, dzisiejsze elity odeszły od wartości, które przekazał Herbert, takich jak odwaga, honor, uczciwość?
- Użyję metafory – to jest odległość jak stąd do Smoleńska.

- A czego ludzie chcą od rządzących? Czego oczekują głosujący na nich, bo przecież nie programu czy spełnienia obietnic wyborczych?
- Do tego nas przyzwyczaili nasi rodzimi pseudopolitycy. Coś się obieca, wiadomo że i tak tego nie spełnimy. Ludzie zazwyczaj chcą ciszy, spokoju i pełnej michy. Przecież 50 proc. społeczeństwa nie głosowało. Dlaczego? Nie wiem. Możemy sobie zadać pytanie, co będzie, jeśli wreszcie któregoś dnia pójdą i zagłosują.

- Przy okazji dyskusji na temat tzw. drugiego obiegu pojawia się spór o samo używanie haseł z okresu komunizmu,  o zestawianie ich ze współczesnością.
- Ja bym się na te określenia nie obruszał, choć rozumiem, że mogą poczuć się dotknięci ci, którzy naprawdę mocno ucierpieli za komuny. Dziś wymiana informacji odbywa się głównie w internecie. To medium niesie informacje, które są niewygodne dla rządzących. Kondycja naszego dziennikarstwa jest mierna. Oczywiście są wyjątki: gazeta, w której jest ten wywiad, tygodnik „Gazeta Polska", „Nasz Dziennik", póki co „Uważam Rze" i „Rzeczpospolita". Jest kilku dziennikarzy, którzy tej misji się nie sprzeniewierzają, ocena reszty jest właśnie kwestią smaku.

- Co najbardziej przeszkadza Panu w dzisiejszej władzy?
- Arogancja, buta, kłamstwo i głupota. Ktoś w Salonie24 wrzucił rozmowę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej (PO) z Przemysławem Wiplerem (PiS), rzecznik rządu tłumaczyła, że wyższe koszty pracy spowodują zwiększenie liczby miejsc pracy. Jak to usłyszałem, to mi ręce opadły. Ta głupota jest wszechogarniająca. Mówią, co im ślina na język przyniesie, licząc na to, że te brednie rozmyją się w potoku pseudoinformacji lejącym się z reżimowych mediów.

- Oddanie śledztwa Rosjanom, rezygnacja z równoprawnych relacji w tej sprawie, państwo, które nie szanuje swoich obywateli. Jak Pan tłumaczy zawieszenie standardów po katastrofie smoleńskiej?
- 10 kwietnia 2010 r. był takim punktem, od którego wszystko zaczęło się toczyć gorzej. Zamiast się piąć – zaczęliśmy zjeżdżać. Wynika to z przyzwolenia na brak elementarnych standardów. Śledztwo powinno być prowadzone w sposób przejrzysty, a dziennikarze powinni patrzeć na ręce śledczym. Kiedy słyszę, że „wszystko już zostało wyjaśnione", to wszystko się we mnie przewraca. Jak można tak mówić, skoro nie mamy podstawowych dowodów: wraku i czarnych skrzynek?

- Dość ponure jest to, co Pan mówi. Może jakiś pozytywny akcent na koniec?
- Pozytywnym akcentem jest Pan. Jest Pan człowiekiem młodym i prowadzi ze mną taki, a nie inny wywiad. Moja starsza córka jest w Pana wieku i z tego, co mi opowiada, wynika, że nie wszyscy młodzi ludzie myślą jak nasi rządzący. Młodzi ludzie jednak noszą w sobie jakieś wartości i widzą, że to, co się dzieje dookoła, nie jest dobre. To właśnie jest szansą na to, że jeszcze coś w Polsce się zmieni.

Wywiad opublikowany w weekendowej "Gazecie Polskiej Codziennie"