Dwór polski oznaczał przez wieki dom rodzinny, miejsce, gdzie przychodziły na świat, rozwijały się, kształciły i podejmowały służbę ojczyźnie nowe pokolenia Polaków. Dorastanie wśród swoich, wśród członków rodu, dziadów, pradziadów, rodziców i licznego najczęściej rodzeństwa, a jednocześnie wśród przyrody, zwierząt, bliskości lasu i często wody, było czymś specyficznym i dziś dla nas niemal niewyobrażalnym… 

Serce polskości
Dwór reprezentował liczną na ogół społeczność, zatrudniał ludzi różnych zawodów i umiejętności, uczył szlachetnie urodzonych współżycia z przedstawicielami innych stanów. Bywały dwory zamożne i ubogie, ale prawie zawsze były one mężne; twarde warunki życia przyjmowały jako wyzwanie, by chronić i powiększać własność ziemską, która w dawnych wiekach była zawsze przyznawana przez króla za zasługi na polu bitwy, a więc była honorem i zobowiązaniem. Z tych racji dwór w Polsce był szczególnym centrum rodzimego świata. Był sercem polskości. Wiekowy dom, „skryty w fanfarze drzew”, jak mówił Wańkowicz, był swoistością i pięknem polskiego krajobrazu, był też przypomnieniem, że życie człowieka wśród przyrody, z koniecznością sprostania wyzwaniom, jakie ona niesie, czyni jego życie prostszym, bardziej harmonijnym, spokojniejszym, pełniejszym, bogatszym.

Wielki Post
Obronny kordon polskiego dworu i zaścianka chronił potężną niegdyś rzeszę Polaków, którzy nie mieli najmniejszych problemów ze zrozumieniem słów św. Tomasza, iż posty „nie są wymierzone w wolność wiernych, lecz przeciwnie, służą temu, by zapobiec niewoli grzechu”. Post, czyli umartwienie ciała był praktykowany w polskich dworach podczas liturgicznego Wielkiego Postu z całą sumiennością. Nie było, tak modnego dziś, przeciwstawiania sobie umartwienia ciała i skruchy serca. Post właśnie temu służył, by człowiek wzniósł się na wyżyny moralne. Dziś świat wyśmiewa dawne katolickie nakazy, bowiem odczuwa szczególną awersję do  pomysłu, by człowiek trzymał w ryzach swoje zmysły; ma być ich niewolnikiem, nie panem.
Jeszcze u początku XX wieku, w Nowotrzebach, na Litwie Kowieńskiej, gdzie stał dwór babki Melchiora Wańkowicza, i w całej Rzeczypospolitej, na ziemiach trzech zaborów, dni postu i pokuty przeplatały się z dniami świętowania i były od siebie całkowicie różne.  Podkreślały to obficie posypywane popiołem głowy w Środę Popielcową oraz uginające się pod jadłem wszelkiego rodzaju stoły na Wielkanoc. 

Potrzeby ducha i… ciała
W rodzinach ziemiańskich poszczono przez czterdzieści dni Wielkiego Postu, a do postu dołączała się wstrzemięźliwość. W czasach Rzeczypospolitej szlacheckiej post we dworach był skrupulatnie przestrzegany od strony jakościowej, nie zawsze jednak oznaczał, że jadano mniej niż w innych porach roku liturgicznego. W domach zamożnej szlachty i magnaterii, rozgrywała się prawdziwa walka Postu z Karnawałem i bój ten bywał zacięty. Zarazem religijna tradycja rodzinna to instrument delikatny, nawet w dniach surowego postu dostrzec potrafi potrzeby ludzkiego ciała, które zlekceważone być nie powinny. „...Kiedy w Nowotrzebach zaczyna się czterdzieści dni Wielkiego Postu (pościmy trzy dni w tygodniu, w czym w piątki suszymy), a garbaty karbowy zaintonuje pieśń: Jezu Krysta, Boża miły/,Baranku barzdo cierpliwy, każdy czuje tę wielką cierpliwość Baranka Bożego”, pisał Wańkowicz w „Szczenięcych latach”. „Teraz, w Wielkim Poście, modły się odbywają klęcząco; z jednej strony długiego stołu jadalnego – służba, z drugiej – państwo. Na ceratowej kanapie (tak pokryć przepyszny biedermeier!) stoi lampa kulista, przy niej klęczy staruszka babka. Po skończonym nabożeństwie rzucamy się ją podnosić. Wtedy ludzie idą do kredensu, gdzie już otworzono antałek czarnego słodkiego piwa warzonego w domu. Każdy otrzymuje po kufelku. Tak przez cały Wielki Post”. Nauka dokładnie dziś określiła, ile cennych pierwiastków i unikalnych witamin ma piwo i jakim może być dobroczynnym dopełnieniem postnej diety. Ta niedostępna wówczas wiedza zastępowana była tradycyjną mądrością. 
Religijny wymóg poszczenia dużej grupy ludzi stawiał właścicieli majątków, którzy czuli się odpowiedzialni moralnie za służbę i pracowników, wobec wyzwania; był gospodarczym przedsięwzięciem, które musiało być zaplanowane i sprawnie przeprowadzone.

Zeszyty dobrych uczynków
Rodzice i wychowawcy nadzorowali przygotowanie dworskich dzieci do Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Nie tolerowano łatwizny i odfajkowywania dobrych postanowień. „Nadchodził dzień, w którym wszyscy zbieraliśmy się i rodzice tłumaczyli, że teraz każdy z nas musi się szczególnie wziąć za siebie” – wspomina Anna Branicka-Wolska. „Prowadziliśmy zeszyty dobrych uczynków, w których zaznaczałyśmy wszelkie dobre uczynki, ale były tam także minusy, gdy zdarzyło nam się być niegrzecznymi”. Tak samo było u Donimirskich. „W okresie Wielkiego Postu spełnialiśmy zalecenie matki, aby dla wyrobienia silnej woli stosować umartwienia, a w szczególności odmawiać sobie słodyczy. Otrzymywaliśmy je w zwykłych ilościach, aby to od nas samych zależało, czy poddamy się tym rygorom. Każde z nas miało sporą puszkę i składało w niej otrzymane słodycze. (…) Przez cały Wielki Post utrzymywano w domu raczej poważny nastrój. Opowiadano nam przebieg Męki Pańskiej. Śpiewaliśmy pieśni postne” – pisze Halina Donimirska-Szyrmerowa.
Rozpowszechniony był także zwyczaj odprawiania w dworach drogi krzyżowej. Zwykle prowadziły je panie domu, i to zarówno dla państwa jak i służby. Większe dwory posiadały własne kaplice, zwłaszcza tam, gdzie odległość od najbliższego kościoła oznaczała „szmat drogi”. W diecezjach kresowych kapłani mogli odprawiać Msze św. we dworach. Do Podhorskich w Szlachtowej (gubernia chersońska) na Dzikich Polach jeszcze na początku XX w. raz w roku, właśnie w czasie Wielkiego Postu, przybywał ksiądz, by odprawić mszę, i by rodzina oraz służba mogła przystąpić do spowiedzi. Duży salon stawał się kaplicą. 

Ciasta miały swoją hierarchię 
„Jak Wilia miała swoje tradycyjne potrawy, tak i Wielkanoc miała swoje niezbędne minimum, którego nie przyszłoby do głowy nigdy nikomu zmniejszyć, choćby czasy były najcięższe”, pisze Wańkowicz w „Szczenięcych latach”. „Musiała być ogromna głowizna z jajkiem w pysku, pieczone prosięta, gotowana szynka – przysmak, który mieliśmy tylko na Wielkanoc. (…) Ciasta miały swoją hierarchię. Musiał być dziad, cygan, prześcieradło, nie mówiąc o babach – olbrzymach i sękaczu z dwustu jaj. Pośrodku wszystkiego stały dwie arki z rzeżuchy, w które wstawiane były baranki z cukru. Dla czeladzi ustawiano wielkiego barana z masła z oczami ze śliwek suszonych. Od rana nie jadło się nic i poprzednich dni mało. Modlitwy trwały aż do południa, jak zwykle, ze służbą…”.
Mickiewicz napatrzył się w wielkopolskich dworach na świąteczne biesiady, które swym bogactwem i wyszukaniem przypominały uczty w pałacach bliskowschodnich wielmożów.

Dalej inne potrawy, a któż je wypowie! 
Kto zrozumie nieznane już za naszych czasów,
Te półmiski kontuzów, arkasów, blemasów,
Z ingredyencyami pomuchl, figaletów,
Cybelów, piżm, draganów, pinelów, brunellów...

A jeszcze do tego „serwis, który barwy zmieniał” – „pamiątka owych biesiad sławnych, które dawano w domach panów starodawnych, gdy Polska zażywała szczęścia i potęgi”... 
W polskich dworach, tych jaśniepanieńskich i zaściankowych, także różnego rodzaju obyczaje świąteczne pielęgnowane były najtroskliwiej. Śmigus dyngus był obowiązkiem młodzieży, która potrafiła całymi godzinami biegać rozochocona po parku, ogrodzie, schodach i tarasach, z wiadrami pełnymi wody, choć starsze panie czy matrony były sumiennie oblewane ze szklanych flakoników po wodzie kolońskiej...

Cały artykuł Ewy Polak-Pałkiewicz można przeczytać w tygodniku GP