Sama męka skazańca na krzyżu trwała od trzech do czterech godzin, ale też mogła się ciągnąć nawet do trzech dni. Wszystko to było uzależnione od intensywności tortur, jakim był on wcześniej poddany. Z przekazów ewangelicznych wiemy, że Jezus umarł „relatywnie” szybko. Jego krzyżową egzekucję poprzedziły wyjątkowo okrutne tortury.  

Opierając się na relacjach Ewangelistów, prof. Sinkiewicz zwraca uwagę, że już w nocy po zatrzymaniu Jezus przebył drogę około 4 km. W czasie marszu był popychany i bity. Męczono Go też podczas przesłuchań. Następnie całą noc był torturowany.

Już „samo biczowanie powodowało często zmasakrowanie ciała, co w połączeniu z silnym bólem i utratą krwi było często przyczyną wstrząsu oraz miało wpływ na okres agonii ofiary na krzyżu”.

Kiedy następnego dnia Jezus wyruszył w swoją ostatnią drogę na Golgotę, z powodu całkowitej utraty sił nie mógł sam nieść krzyża (cały krzyż ważył około 140 kg; skazańcy zwykle nieśli belkę ważącą do 60 kg).

„Tak więc można przypuszczać, że Jezus już przed ukrzyżowaniem był w stanie krytycznym, uwzględniając utratę krwi, silne przeżycia emocjonalne i wielkie cierpienie fizyczne oraz brak snu, posiłku i podaży jakichkolwiek płynów, co w gorącym klimacie śródziemnomorskim miało istotne znaczenie” – wnioskuje lekarz.

Według starożytnych dziejopisarzy, skazańców najczęściej przybijano do krzyża (stosowano także przywiązywanie). Zdaniem specjalistów z dziedziny medycyny, gwoździe wbijano w nadgarstki. Dłonie nie mogłyby utrzymać ciężaru ciała.

„Gwoździe wbijano pomiędzy kość promieniową, a kości nadgarstka lub pomiędzy same kości nadgarstka, proksymalnie do troczka mięśni zginaczy i więzadeł nadgarstka. (...) Gwóźdź mógł miażdżyć lub uszkodzić nerw pośrodkowy, powodując rozrywający ból obu ramion, porażenie części kończyny i niedokrwienne przykurcze” – relacjonuje prof. Sinkiewicz.

Stopy były najczęściej przybijane do przedniej części krzyża przez pierwszą lub drugą przestrzeń śródstopia, dystalnie do połączenia kości stępu i śródstopia.

Specjaliści nie mają wątpliwości, że „najbardziej brzemiennym w skutkach, patofizjologicznym następstwem ukrzyżowania było uniemożliwienie prawidłowego oddychania, zwłaszcza uzyskania prawidłowego wydechu”.

Prof. Sinkiewicz wyjaśnia, że w takim wypadku „ciężar ciągnący ciało w dół na rozciągniętych ramionach i zgiętych kolanach wymuszał ustawienie mięśni międzyżebrowych w pozycji wdechowej i uniemożliwiał bierny wydech. Wydech mógł się dokonywać tylko za pomocą mięśni przepony, oddychanie było więc płytkie, niewydolne, z szybko rozwijającą się hyperkapnią i kwasicą oddechową”.

Zwraca uwagę, że aby dokonać wydechu, ofiara musiała wznieść ramiona i opierając się na stopach, rozprostować kolana.

Następnie rozwijające się zmęczenie i „zaburzenia gospodarki wodno-elektrolitowej, tężcowe kurcze mięśniowe powodowały, że oddychanie stawało się niemożliwe”. Cierpienie Jezusa na krzyżu zakończył krzyk. „A Jezus raz jeszcze zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha” – zanotował św. Mateusz w swojej Ewangeli

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska"


Tekst zawiera fragmenty artykułu prof. dr. hab. med. Władysława Sinkiewicza pt.: „Medyczne aspekty śmierci krzyżowej Jezusa – spojrzenie kardiologa”, opublikowanego na stronach internetowych Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich Oddział Gdańsk.