Sześciu urzędników Parlamentu, którzy wypowiedzieli się dla portalu "Politico" pod warunkiem zachowania anonimowości, poinformowało, że w PE o wyższych stanowiskach nie decydują przejrzyste procesy rekrutacji i kompetencje, ale polityczne decyzje podejmowane za zamkniętymi drzwiami.

CZYTAJ WIĘCEJ: W Brukseli takie numery? Ujawniono, jak się zostaje dyrektorem z pokaźną pensją

Jednak to nie wszystkie problemy, które pojawiają się przy obsadzaniu intratnych stanowisk w Brukseli.

Jest absolutny deficyt, nie tylko jeśli chodzi o Polaków, ale i osoby z naszego rejonu Europy, na stanowiskach kluczowych w Parlamencie Europejskim. Powiem więcej, dominują tam przedstawiciele Europy zachodniej i północnej. Pamiętam taką sytuację z prezydium, gdy była kandydatura Greka na stanowisko szefa Departamentu Informatycznego. Wówczas przewodniczący Martin Schulz powiedział, że przecież Grecy nie mają zdolności w tym zakresie. To było dość szokujące

- opowiada nam o "regułach gry" w Brukseli Ryszard Czarnecki.

Nasz rozmówca zwrócił uwagę na to, że stanowiska w PE "stają się pewnym łupem frakcji politycznych".

Konserwatyści są ewidentnie dyskryminowani a wszystko się rozgrywa przede wszystkim między Partią Ludową, Chadekami, Socjalistami a Liberałami

- dodaje Czarnecki.

Eurodeputowany opowiedział, że pewnego razu doszło między nim, a przewodniczącym Schulzem do ostrej wymiany zdań.

W pewnym momencie nie wytrzymałem i wybuchnąłem, że "nowa Unia", czyli nasza część Europy, jest kompletnie lekceważona

- relacjonował polityk.

Jak zauważył R. Czarnecki, w Parlamencie Europejskim jest zarówno wielu polityków z Niemiec i wielu polityków z Polski. 

Problem polega na tym, że Niemców jest bardzo dużo na stanowiskach kierowniczych, a Polaków na stanowiskach szczebla średniego

- zauważył nasz rozmówca.