Dziennik "Wall Street Journal" zauważa w komentarzu, że wydalenie z wielu państw znacznej liczby rosyjskich dyplomatów, nazywanych przez "WSJ" rosyjskimi szpiegami, "to mile widziany pokaz sojuszniczej solidarności". Jednak na prezydencie Rosji Władimirze Putinie "nie zrobi wrażenia, dopóki Zachód nie zajmie się rosyjskimi pieniędzmi za granicą".

Przywódca Rosji "zignoruje ten wspólny front", dopóki jego odpowiedzią na te działania może być po prostu "wysłanie nowych szpiegów"; nie zmieni swojej postawy, dopóki nie zapłaci znaczącej ceny - pieniędzmi

 - podkreśla dziennik.

Poniedziałkowa zapowiedź wydalenia dyplomatów przez około 20 państw, m.in. Stany Zjednoczone i kilkanaście krajów UE, to odpowiedź na próbę zabójstwa byłego pułkownika rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU Siergieja Skripala. Do ataku doszło na początku marca w brytyjskiej miejscowości Salisbury. Według premier Wielkiej Brytanii Theresy May odpowiedzialność za ten zamach z użyciem broni chemicznej ponosi Rosja.

Jednak "Kreml i jego apologeci na Zachodzie, jak np. lider brytyjskiej Partii Pracy Jeremy Corbyn, wciąż usiłują udawać, że są jakieś wątpliwości na temat winy Moskwy" w tej sprawie (...) Natomiast "w prawdziwym świecie Waszyngton, Paryż i Berlin zgadzają się z Londynem, że nie ma alternatywnej wiarygodnej wersji" o ataku, innej niż mówiąca o ingerencji Rosji

- czytamy w artykule na łamach "WSJ".

"WSJ" zauważa jednocześnie, że nie wszyscy przyłączyli się do wspólnego działania przeciw Rosji lub nie zrobili tego z pełnym przekonaniem. "Grecki rząd, który nikogo nie wydalił, w ubiegłym tygodniu w Brukseli ogromnie się starał, by zbagatelizować rolę Rosji (w ataku na Skripala) i wstrzymać reakcję UE" - pisze dziennik.

"Istnieje ryzyko - uważa nowojorska gazeta - że poniedziałkowe decyzje to kulminacja wspólnego europejskiego frontu w sprawie Rosji".

- Prawdziwym słabym punktem Putina są pieniądze i inne aktywa, które mają na całym świecie jego poplecznicy

 - pisze "WSJ", podkreślając, że kolejne szersze porozumienie dotyczące sankcji, poza wprowadzonymi już w wielu państwach ograniczeniami wymierzonymi w związanych z Putinem Rosjan, może być trudne do osiągnięcia.

"UE nakłada sankcje na Rosjan od 2014 roku, (...) jednak co pół roku, gdy należy podjąć decyzję o ich przedłużeniu, pojawia się presja, by je złagodzić - podkreśla "WSJ". - Wśród kilku państw, które w tym tygodniu wydaliły dyplomatów, są takie, jak np. Włochy, które są mniej przychylne poszerzaniu sankcji". Z kolei Niemcy, mimo że "wyrzuciły czterech rosyjskich dyplomatów, pomagają Putinowi w budowie gazociągu przez Morze Bałtyckie, który pozwoli mu na szantażowanie Europy Środkowej za pomocą energii"

- czytamy w artykule.

Również "Washington Post" zauważa w dzisiejszym komentarzu redakcyjnym, że poniedziałkowe decyzje to "dobry pierwszy krok", za którym muszą pójść kolejne działania. "To była konieczna odpowiedź. (...) Ale ponieważ nie dotyka rzeczywistej podstawy władzy Putina, prawdopodobnie jedynie wzruszy on ramionami" - pisze stołeczna gazeta.

Wydalenie dyplomatów - czytamy - "może być chwilowym ciosem dla rosyjskich służb wywiadowczych".

- Jednak wrogie operacje Rosji na Zachodzie wykraczają daleko poza agentów rozmieszczonych pod przykrywką dyplomacji. (Moskwa) ma armię hakerów i trolli, którzy działają w internecie (...). Putin polega także na sieci ministrów i biznesmenów, którzy te operacje finansują, jak również na siłach paramilitarnych, np. takich, które zaatakowały amerykańskie oddziały w Syrii. To jest prawdziwa podstawa władzy jego reżimu, która dotychczas prawie nie została dotknięta

 - podkreśla "Washington Post".